
SNAKES ON A PLANE
MUZYKA: Różni wykonawcy ROK PRODUKCJI: 2006 WYTWÓRNIA: New Line Records CZAS TRWANIA: 60:17 min.
"Snakes on a Plane" to rzadko spotykany rodzaj filmu z jajem, traktującego samego siebie z przymrużeniem oka, który nie aspiruje do bycia czymś więcej niż tylko czystą rozrywką na poziomie telewizyjnych produkcji klasy B. Jak jednak udowodniła pierwsza część "Kill Bill", także tandetne kino, czerpiące garściami ze szmirowatych produkcji zalewających ekrany w latach 70. wciąż ma szansę zaistnieć, spodobać się i przede wszystkim zarobić. Ludzie walili drzwiami i oknami na wyżej wspomnianą produkcję Quentina Tarantino, przyciągani nazwiskiem niesamowicie popularnego reżysera. Ludzie walili drzwiami i oknami także na "Węże w Samolocie", ale z całkowicie innego powodu - ultrabanalnego, głupiego i przykuwającego uwagę kiczowatego tytułu, tytułu na punkcie którego oszalał kolejno internet, następnie telewizja, a na końcu filmowa prasa. "Snakes on a Plane - The Album" również nie stara się być niczym więcej, jak tylko kolekcją zremiksowanych, często prześmiewczych, a jeszcze częściej tandetnych utworów, których najczęstszym tematem przewodnim są na przemian węże i strach przed nimi. Już pierwszy, tytułowy i zdecydowanie najlepszy utwór tej płyty, podpisany przez formację Cobra Starship (założycielem której jest Gabe Saporta, a któremu w tworzeniu piosenki i teledysku pomagali William Beckett, Travis McCoy i Maja Ivarsson) udowadnia, że cały album to kupa dobrej zabawy przy bardzo często mocno dyskotekowych rytmach. "Snakes on a Plane (Bring it)" to przede wszystkim naigrywające się z filmu słowa piosenki, starające się przekazać słuchaczom fakt dość oczywisty - jak bardzo niebezpieczne mogą być węże w samolocie. Saporta jest tu głównym wokalistą, śpiewającym przez większość utworu, Beckett swoim doniosłym głosem krzyczy o pocałunkach na pożegnanie w refrenie, Maja Ivarsson, Szwedka z pochodzenia, choć perfekcyjnie mówiąca po angielsku, w kółko wyrzuca z siebie te same dwie linijki (za to, jak każda blond-włosa Skandynawka daje prawdziwy popis w teledysku :), dynamizując nieco utwór przed przeciągłym zawodzeniem wspomnianego Becketta, które pod koniec piosenki zamienia się w rapowaną wstawkę w wykonaniu McCoya. Utwór numer dwa charakteryzuje się chyba najdłuższym tytułem jaki dane mi było przeczytać - "The Only Difference Between Martyrdom and Suicide Is Press Coverage" oraz tym, że nie ma w nim słowa ani o wężach, ani o samolotach :) Nie zmienia to jednak faktu, że obok piosenki tytułowej jest najbardziej wpadającym w ucho kawałkiem, oczywiście zremiksowanym na potrzeby tego soundtracku. Swoją drogą, remiksowanie wyszło większości zamiesczonym na płycie piosenkom na dobre, gdyż w zdecydowanej większości ich oryginalne wersje były po prostu słabe. "Ophidophobia", czyli "strach przed wężami" oraz jednocześnie utwór numer cztery, wykonywany przez Cee-Lo-Greena, bardzo przypomina jedną z ostatnio bardzo popularnych piosenek Gnarls Barkley. Powód tego jest iście prozaiczny. Otóż Cee-Lo-Green jest jednym z dwóch założycieli wspomnianej grupy, a sam często posługuje się właśnie pseudonimem Gnarls :). Niestety dalej jest już tylko gorzej... Bolączką recenzowanej płyty jest fakt, że im dłużej jej słuchamy, tym mniej atrakcyjna nam się ona wydaje. O ile pierwsze, opisane pokrótce utwory wywołują uśmiechy sympatii, to te dalsze prawdę mówiąc już tylko uśmiechy politowania. Pseudo hip-hop (jakby już hip-hop nie był wystarczającą karą), quasi-punk rock, piosenki a'la Linkin Park, jedna ballada, trochę funku oraz reggae-rytmy co prawda urozmaicają ten album, ale na dłuższą metę są nie do słuchania. Na szczęście na zakończenie naszego lotu z wężami w odtwarzaczu CD, wydawcy płyty postanowili zamieścić najważniejszy fragment partytury Trevora Rabina, twórcy muzyki filmowej do "Wężów w Samolocie". Mowa tu oczywiście o motywie przewodnim, bardzo charakterystycznym dla tego twórcy, przywodzącym jednak na myśl muzykę Harry Gregsona-Williamsa, zwłaszcza tą skomponowaną na potrzeby gier. I nie jest to w żadnym wypadku zarzut, chociaż mam nadzieję, że płyta z oryginalną ścieżką dźwiękową będzie, jak sama nazwa wskazuje, bardziej oryginalna :). "Snakes on a Plane - The Album" nie jest kolekcją kiepską, lecz tylko trochę źle wyważoną. Swoje najmocniejsze punkty prezentuje już na początku, później, pomiędzy nieco słabszymi utworami ze środka płyty wkomponowuje najbardziej zapadające w pamięć cytaty z filmu (jednak słynne już "That's it! I've had it these motherfucking snakes on this motherfucking plane!" pojawia się oczywiście na początku utworu otwierającego album), a w ukrytych "ficzerach" dostępnych po włożeniu kompaktu do komputerowego CD-ROMu, odsłania nam dwie piosenki dodatkowe, prawdziwe perełki - "Snakes on a Brain" oraz "Here Come The Snakes" - zwycięzców konkursu zorganizowanego dla fanów filmu, który wówczas jeszcze nie miał premiery :). I dla nich między innymi warto nabyć ten album. |
![]() |
|
![]() |