SUPER

MUZYKA: Tyler Bates, różni wykonawcy
ROK PRODUKCJI: 2011
WYTWÓRNIA: Lakeshore Records
CZAS TRWANIA: 49:07 min.


01. TSAR - Calling All Destroyers
02. TYLER BATES feat. LISA PAPINEAU - Two Perfect Moments
03. ERIC CARMEN - It Hurts Too Much
04. LO-DEF DOLLZ - I Do
05. TYLER BATES - The Prayer
06. CHEAP TRICK - If You Want My Love
07. MONEYBROTHER - God Knows My Name '11
08. TYLER BATES feat. LISA PAPINEAU - Finger of God
09. TYLER BATES feat. LISA PAPINEAU - Holy Avenger's Advice
10. TERRA NAOMI - Nobody Knows You Anymore
11. ACEYALONE - What It Was
12. TYLER BATES - The Second Prayer
13. MONEYBROTHER - Born Under a Bad Sign
14. THE ARK - Let Your Body Decide
15. TYLER BATES feat. LISA PAPINEAU - Libby Goes Down
16. TYLER BATES feat. LISA PAPINEAU - Aftermath and Resolution
17. THE NOMADS - Somethimes Good Guys Don't Wear White



Trzeba przyznać, że superbohaterowie zadomowili się w kinie na dobre. Już od ponad dekady rozdzielają finansowe karty Hollywood, a z roku na rok filmów z ich udziałem wychodzi coraz więcej. Co więcej, od paru lat trwa także moda na demitologizację komiksowych herosów. "Iniemamocni", "Hancock", "Kick-ass", "Watchmen", poniekąd "Batmany" Nolana, czy też niezależne "Defendor" i "Super" właśnie - to tylko niektóre z tytułów, mierzące się z tym zagadnieniem w sposób przyziemny, bardziej realistyczny, czy wręcz życiowy. Ten ostatni na chwilę obecną nie dotarł jeszcze do Polski oficjalnymi kanałami - a szkoda, bo to chyba jeden z ciekawszych, a przy tym bardziej gorzki (acz nie pozbawiony ironii i humoru) przykład z wyżej wymienionych. Warto więc zwrócić nań uwagę - również, jeśli idzie o muzykę. W przypadku "Super" już sam tytuł mówi bardzo dużo.

Odpowiedzialny za ilustrację Tyler Bates już od ponad 17 lat przebywa w Hollywood - w tym czasie zdołał zilustrować aż 64 produkcje (!) kinowe, jak i telewizyjne. Niesamowite zważywszy na fakt, iż nie posiada on wykształcenia i obycia w pisaniu muzyki dla filmu (do czego zresztą otwarcie sam się przyznaje twierdząc, iż nie uważa się za kompozytora). Niesamowite tym bardziej, że właściwie każda jego kolejna praca wzbudza niesmak i kontrowersje wśród krytyków i miłośników filmówki, co związane jest tyleż z miałkością większości tych partytur, co z ilością plagiatów i radosnych kopii prac bardziej utalentowanych kolegów po fachu. Dość powiedzieć, że za taką zżynkę z Goldenthala w "300" studio zmuszone było potem do oficjalnych przeprosin. Niemniej jednak jakimś cudem Bates nie narzeka na brak projektów, a nawet dostaje coraz lepsze, większe propozycje. Kluczem do tej sytuacji jest oczywiście znajomość z Zackiem Snyderem, którego remake "Dawn of the Dead" i wspomniane "300" stanowiły punkt zwrotny w karierze 'kompozytora'. Zdziwił mnie więc wybór akurat jego do zilustrowania tej skromnej, niezależnej właściwie produkcji. Co jednak zdziwiło mnie jeszcze bardziej, to efekt tego angażu...

Mimo, iż spory udział Batesa w innych rodzajach muzyki dziś już trudno podważyć (współpraca m.in. z Tori Amos, Limp Bizkit czy Blink 182), to - podobnie jak wielu innych kolegów-recenzentów - jakoś nigdy nie zdołał kupić mnie, jako twórca filmowy. Przypuszczalnie dlatego, że dotychczas nie miał zbyt wiele do sprzedania. Co prawda zarówno remake "Dorwać Cartera", jak i wspomniane "300" nie są totalnie złymi ilustracjami, to jednak główną siłę zawdzięczają oryginalnym nutom innych twórców, a sam Tyler niewiele do nich wniósł, tworząc w przerażającej większości prace nie tyle pozbawione charakteru, co zwyczajnie odtwórcze, puste i często mocno nijakie. Na tym tle tym bardziej trudno nie docenić rodzynka, jakim okazał się ten "Super" score.

Choć i tu Bates nie zawdzięcza finalnego efektu jedynie swojej osobie, to jednak tym razem naprawdę udało mu się stworzyć ilustrację z sercem, wdziękiem i stylem. Być może zainspirowała go płeć piękna, a konkretnie stara znajoma, którą zaprosił do współpracy - Lisa Papineau. Oboje znają się jeszcze z początku lat 90-tych ubiegłego stulecia, z zespołu Pet. Jej głos dodał ilustracji delikatności i ulotności, co bardzo dobrze słychać już w świetnej piosence otwierającej film - "Two Perfect Moments". To w niej odciska największe piętno na Batesie, choć usłyszymy ją i później, jako boskie natchnienie w efektownych, patetycznych wręcz "Finger Of God" i "Holy Avenger's Advice", oraz w optymistycznym, końcowym "Aftermath And Resolution", stanowiącym stosowne rozładowanie napięcia i podsumowanie. Największe wrażenie robi jednak wybuchowy, konkretny action score w postaci "Libby Goes Down", w którym głos Lisy schodzi na dalszy plan, dając pole do popisu Batesowi - a ten umiejętnie i bez hamulców łaczy tu orkiestrę z elektroniką, zapewniając słuchaczom prawdziwą jazdę bez trzymanki. I choć pozostałe dwa krótkie, pozbawione 'wdzięków' Lisy utwory, stanowią już tylko zwykły przerywnik, to także i im nie można odmówić uroku, a Bates również w nich zdołał zachować klimat i ciągłość kompozycji. Czyli w końcu odwalił naprawdę dobrą robotę - i to taką, która znakomicie sprawdza się w filmie, jak i poza nim.

Jednak na albumie, jak i w obrazie dominują piosenki - nie wszystkie udało się zmieścić na płycie, producenci ograniczyli się do tych najbardziej charakterystycznych, tudzież słyszalnych. I mimo, iż stanowią one zdecydowaną większość całej ścieżki dźwiękowej, to jednak nie będę się na ich temat mocno rozpisywał. Tu wszystko rozbija się już bowiem o gusta i każdemu z pewnością spodoba się co innego. Choć przyznam, że nie ma tu za bardzo na co narzekać - poza niewielkim zignorowaniem chronologii (utwory Batesa rozpoczynają i kończą film - szkoda, że i tu nie stało się podobnie) i wspomnianymi brakami (chyba nikt by nie płakał, gdyby krążek trwał nieco dłużej, choć i teraz trudno uronić łzę...), otrzymujemy bowiem naprawdę dobrą składankę. Dominuje rock i pop, są zarówno znane szlagiery, jak i mniej rozpoznawalne nuty, a wszystko zostało zestawione z głową i świetnie się uzupełnia. Co ważne, łatwo się też w tym wszystkim połapać, a każda kolejna piosenka bez problemu przywołuje w pamięci odpowiednie sceny z filmu, do których niemalże perfekcyjnie je dobrano.

Z reguły podobne kompilacje score'u z piosenkami często zawodzą. Ale "Super" stanowi wyjątek, mieszankę niemal doskonałą. Nie wszystko uderza tu co prawda w najwyższe tony, nie wszyscy będą też pewnie ukontentowani w pełni jej zawartością, niemniej jednak otrzymaliśmy tym razem naprawdę solidną porcję rozrywki i niezwykle udany, spójny podkład do tego nieszablonowego filmu. A przy okazji okazało się, że nawet Bates jak chce, to potrafi. I choć trudno wyrokować dalszą przyszłość, jednocześnie odpuszczając mu dotychczasowe grzechy po jednej tylko ilustracji, to jest to mimo wszystko dobry początek, aby w końcu przestać po nim jeździć, jak po "burej suce".

Ocena:
Auto recenzji: MEFISTO
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI