
TRON: LEGACY
MUZYKA: Daft Punk ROK PRODUKCJI: 2010 WYTWÓRNIA: Walt Disney Records CZAS TRWANIA: 58:38 min.
Panowie z duetu Daft Punk - Thomas Bangalter i Guy-Manuel de Homem-Christo - są w filmowym świecie obeznani i doświadczeni. Ci prekursorzy sceny house są natychmiastowo rozpoznawalni poprzez specyficzne, elektroniczne brzmienie. Unikając niezłomnie statusu gwiazd ukrywają się od wielu lat za kostiumami robotów. Ich dyskografia nie jest może olbrzymia, jest natomiast znamienna. Ich filmografia z kolei jest szerzej nieznana muzycznej publiczności. Najpierw, w roku 1999 zebrano kolekcję znakomitych teledysków z debiutanckiego albumu "Homework" (produkcje teledyskowych geniuszy takich jak Spike Jonze czy Michel Gondry). To wtedy rozgorzała ich miłośc do kina. Rok 2003 to "Interstella 5555" - muzyczne Anime, którego soundtrackiem była ich druga płyta "Discovery". W roku 2006 ekscentryczny eksperyment "Electroma" zebrał mieszane recenzje, aczkolwiek nie można ująć duetowi odwagi i umiejętności (żaden z panów nie ukończył filmowych szkół czy kursów). Koncerty na żywo są również wizualną ucztą - "Alive 2007" to doświadczenie, któremu żaden inny koncert jaki widzałem nie dorastał do pięt (wielka szkoda, że zrezygnowano z wydania DVD). Indywidualnie panowie brali również udział w osobnych projektach, i tak np. Thomas Bangalter stworzył oryginalną ścieżkę muzyczną do "Irréversible" - kontrowersyjnej produkcji Gaspara Noé, która jest równie ciężka i przewrotna co sam film. Doświadczenie filmowe i miłość do kina dojrzewały więc z Daft Punkiem przez wiele lat. Aż nadszedł rok 2010, kiedy debiutant Joseph Kosinsky dostał szansę wyreżyserowania kontynuacji "Trona" z 1983 roku. Pierwszą myślą, jaka przyszła mu do głowy w kwestii ilustracji muzycznej, było spotkanie z zespołem Daft Punk. Bo któżby lepiej pasował do stylistyki "Trona" jak nie dwaj DJe-roboty. Panowie niemalże z miejsca zdecydowali się podjąć wyzwanie. Jak się później okazało - mieli ku temu pewien sentymentalny powód. Otóż "Tron" Stevena Lisbergera z 1983 roku był oryginalną inspiracją duetu do tworzenia własnej muzyki (i zapewne poniekąd również do pomysłu z rzekomą eksplozją w studio, która zamieniła ich w roboty). W ten własnie sposób panowe z Daft Punk dostali szansę, aby spłacić dług wdzięczności, jaki zaciągnęli u Lisbergera w latach 80. Scieżka dźwiękowa "Tron: Dziedzictwo" to album dający nam trochę ze wszystkiego. Mamy elektroniczną uwerturę, motywy horrorowe, adagio na skrzypce, jak również nieco house'owe kawałki. Przede wszystkim jednak panowie zatrudnili orkiestrę na 85 instrumentów, łącząc to ze swoim indywidualnym, elektronicznym brzmieniem. Orkiestra symfoniczna dodaje powagi, patosu, a przede wszystkim duszy całej ścieżce, jak również samemu filmowi. W filmie właśnie muzyka stanowi dodatkową płaszczyznę i tło, bez którego byłoby to jedynie puste, marne filmidło bez wyrazu. Sprawiedliwie przyznać jednak należy, że panowie czerpią garściami z wielu poważanych twórców muzycznych. Mamy tu więc wyraźne klimaty takich tuzów jak Vangelis, Jean-Michelle Jarre, Phillip Glass, Kraftwerk czy Hans Zimmer (który zresztą otrzymał podziękowania we wkładce do albumu, jak również m.in. John Powell czy Harry Gregson-Williams). Tu i ówdzie łapiemy się więc na stwierdzeniu: "już to gdzieś słyszałem!". Jednakże nie jest to specjalnie irytujące, a po kolejnym przesłuchaniu efekt ten całkowicie zanika i ścieżka staje się absolutnie autonomiczna. Muzyczna stylizacja i cała stylistyka albumu są mocno osadzone w filmie, ponieważ ścieżka powstawała równolegle z obrazem. Twórcy mieli wiele szans by doszlifować swoje dzieło po obu stronach (Kosinsky i Daft Punk) tak, aby ostatecznie elementy te skomponowały się idealnie. I tak się właśnie stało. Oglądając film zdajemy sobie sprawę, że ścieżka nie mogła zostać napisana lepiej, nie wywyższa się, nie ginie pod warstwą efektów wizualnych - komponuje się z nią idealnie. Słuchając albumu osobno dajemy się porwać wręcz natychmiastowo. "Overture" to wspaniałe, stonowane i delikatne otwarcie soundtracku przez orkiestrę. Nie jest to pierwszy utwór w filmie, jednakże na albumie sprawdza się znakomicie jako wstęp. Ten jeden utwór zapowiada całą ścieżkę. Oczami wyobraźni widzę te grymasy zdziwienia milionów fanów Daft Punk na świecie. Jedną z przyczyn dlaczego początkowo album został przyjęty dość chłodno, jest właśnie to małe niezrozumienie. Wstępnie, po cichu każdy podświadomie oczekiwał zwyczajnie nowego albumu Daft Punk. Ale kiedy się zastanowić przez chwilę - czy do filmu takiego jak "Tron: Dziedzictwo" pasowałaby klubowa stylistyka "Da Funk", "Aerodynamic" czy "Robot Rock"? Panowie poniekąd zaskoczyli wszystkich, serwując nam klasycznie filmową ścieżkę. Dlatego właśnie otwarcie albumu robi takie wrażenie, ponieważ jest jakościowo przednie i zaskakujące swą oczywistością - przecież to MA być ścieżka filmowa! Drugi utwór na płycie to pierwszy utwór filmu - "The Grid" jest szybkim wstępem do nowego świata Trona. Jeff Bridges elektryzuje nas swoim niskim, niepokojącym głosem, po którym następuje prezentacja pierwszego motywu głównego. Syntezator wprowadzający nas w elektroniczny wszechświat The Grid, zostaje "bezszwowo" zastąpiony orkiestrą symfoniczną. W tym utworze dostajemy sygnał - to będzie znakomita, idealnie się splatająca interakcja pomiędzy elektroniką i orkiestrą. "Rinzler" to drugi motyw główny, wykorzystany później do utworów z suspensem. Zagłusza go nieco perkusja, ale będziemy w stanie przyjrzeć mu się nieco później. "The Game Has Changed" to jeden z najlepszych utworów na płycie. Wprowadza nas rytmiczną, elektroniczną perkusją w mroczny świat The Grid. Perkusja ustępuje niespokojnym skrzypcom, które niczym cisza przed burzą zapowiadają coś głośnego. Długi suspens przeplatających się smyczków i elektroniki doprowadza do kulminacji mocnego dość zakończenia w stylistyce horroru. W tym utworze poznajemy trzeci z motywów, wykorzystanych w późniejszych utworach. Utworem wartym wspomnienia jest "Outlands" - bardzo filmowy, bardzo szybki i niepokojący, pościgowy kawałek, całkowicie zagrany przez orkiestrę. Podobnie jak "Adagio for Tron", tym razem jednak wolny, smutny utwór na skrzyce, dopełniony syntezatorem i organami (wprost z Philipa Glassa). Rozwinięcie tego utworu jest dość nietypowe dla adagio, ponieważ nabiera tempa, głośności i jest bardziej elektroniczne (patrz tytuł). Wiolonczela znakomicie jednak kończy utwór, zamykając go znowu tytułowym adagio. "End of Line" jest utworem, w którym panowie mogli zapuścić się w swe stare rejony. Ten kawałek pojawia się w tytułowym barze End of Line, gdzie Daft Punk mają swoje cameo, i zwyczajnie grają ten utwór jako DJ-e w klubie. Motyw ten jest ewidentnie koncepcji Thomasa Bangaltera, ponieważ jest żywcem wyjęty z jego wcześniejszego soundtracku do "Irreversible". Monotonne loopy, ciężki beat i klasyczna elektronika. Kiedy dochodzimy do "Derezzed" jesteśmy już dobrze rozgrzani. To jest najlepszy kawałek 2010 roku, elektronika w czystej postaci i mix idealny. Rytm skonstruowany bardzo przewrotnie powoduje, że utwór ten nie nudzi się nawet po setnym przesłuchaniu, a po zakończeniu zaraz wracamy do początku (każdy proszę teraz ręka w górę). Do bijatyki w klubie End Of Line pasuje wręcz idealnie. Przytłumiony i brudny sopran oraz przenikający i wredny bas - tutaj małżeństwo doskonałe. Rozpędzeni, trzymając na wysokim tonie dostajemy "Fall" - niejako kontynuację motywu z genialnego "The Game Has Changed" - perkusja szybko ustępuje smyczkom, które utrzymują atmosferę niepokoju i ciężkiego suspensu, coś złowieszczego nadchodzi... "Solar Sailer" to z kolei niepokojąca i enigmatyczna kontynuacja na syntezatorze, która świetnie ilustruje podróż filmowym statkiem. Koniec utworu zamienia syntezator na fantastyczny motyw na flecie, który przypomina mi pewien soundtrack, obecnie niezidentyfikowany. "Rectifier" jest chyba najbardziej mrocznym utworem ścieżki. Bardzo horrorowy w stylistyce, długo budowany suspens, rosnącę napięcie, przenikające, wiercące, wibrujące smyczki. "C.L.U" to kolejny bardzo dobry utwór, i genialne połączenie elektroniki z instrumentami klasycznymi. Krótkie, nerwowe smyczki, napięcie i suspens, dramatyzm z kontrastującym puzonem, powracająca z "The Game Has Changed" elektroniczna perkusja, wspaniale się ze sobą przeplatają. Stosunkowo długi czterominutowy utwór ma tutaj dużo przestrzeni na klasyczny wstęp, rozwinięcie i zakończenie. To znakomite wykorzystanie motywu głównego z "Rinzler". "Flynn Lives" jest jakby podsumowaniem całego albumu. Zawierając wszystkie motywy rozwija się długo i z suspensem. To melancholijny, podniosły i pompatyczny wręcz utwór, który w tle pozostawia nutę niepewności. Pasuje więc do sceny idealnie. Napisy końcowe są zawsze chwilą na wytchninie, ale jednocześnie bardzo ważnym momentem na wystawienie oceny filmowi. Widzowie, którzy wychodzą teraz z sali kinowej muszą być pożegnani fajnym, melodyjnym, pozytywnie podsumowującym kawałkiem w klimacie filmu. "Tron Legacy (End Titles)" jest właśnie takim utworem. Po raz kolejny panowie zatrudnili motyw główny, ubierając go w elektroniczne szaty. Płytę zamyka "Finale". Wracając do czystej orkiestry, jak przy pierwszym utworze, zatacza piękne koło i po raz kolejny udowadnia jak bardzo filmowym, a nie house'owym albumem jest ta ścieżka. Kombinacja elektroniki i orkiestry symfonicznej jest na tej ścieżce porażająca w swej perfekcji. Podobnie rzecz się ma do masteringu czy jakości dźwięku - nie ma się absolutnie do czego przyczepić, a wręcz przeciwnie. Znani z perfekcjonizmu muzycy wykazali się nim przy tej produkcji po raz kolejny. Muzycznie ścieżka ta jest dość zróżnicowana, absolutnie nie jest nudna, i z pewnością nadaje się do wielokrotnego przesłuchania. Mankamentem może być często urywany suspens w niektórych utworach i brak zakonczeń, ale to wywodzi się bezpośrednio z filmu, który wykazuje się tym samym grzechem. Dla duetu Daft Punk "Tron: Dziedzictwo" jest w świecie muzyki filmowej tym, czym ich debiutancki "Homework" w świecie house'u. Panowie odrobili swoją pracę domową na 5+. Udowodnili, że czerpiąc z klasyków muzyki filmowej potrafią stworzyć album w swoim indywidualnym, rozpoznawalnym stylu. Album, który dał filmowi Kosinskiego duszę, jednocześnie będąc znakomitą pozycją słuchaną odrębnie. To jedna z najlepszych ścieżek 2010 roku. Poniżej okładka singla promującego film (z utworem "Derezzed").
|
![]() |
|
![]() |