
UNBREAKABLE
MUZYKA: James Newton Howard ROK PRODUKCJI: 2000 WYTWÓRNIA: Hollywood Records CZAS TRWANIA: 45:23 min.
Jestem jednym z nielicznych fanów filmu, który podobał mi się głównie ze względu na klimat, aktorów oraz... muzykę :) Długo się jednak wahałem czy ją zakupić, aż w końcu (po kolejnym seansie) zdecydowałem się i... jednak nieco zawiodłem. Cała płyta jest utrzymana w idealnie płynnym klimacie, jest spokojna i miejscami bardzo cicha, a zaledwie dwa czy trzy utwory powodują mocniejsze bicie głośników. Mimo to, albo właśnie dlatego, jest to płyta bardzo ciekawa, do której trzeba podejść z odpowiednim nastawieniem. Już w pierwszym utworze słyszymy najlepsze, charakterystyczne brzmienie, motyw przewodni, który jednak w pełni wykorzystują kolejne pozycje na płycie, jak chociażby "The Wreck" czy końcowe "Mr. Glass / End Title". Charakteryzuje się on silną perkusją w tle, miejscami wspomaganą przez gitarę, a także swoiste, idealne powiedziałbym tempo. Słucha się go bardzo dobrze i to głównie on stanowi o sile płyty. Tu muszę jednak wspomnieć, że to, co idealnie pasowało i zwracało swą uwagę podczas projekcji filmu, na płycie nie brzmi już tak dobrze. Weźmy przykładowo niezły utwór nr 6, czyli tytułowy "Unbreakable". Zaczyna się, podobnie jak "Reflections of Elijah" w pewnym momencie, od spokojnego pianina, z kolei potem przechodzi w ostrzejsze rytmy zakończone mocnym graniem z pogranicza popu, rocka i Bóg wie czego jeszcze (może nieco soulu). Potem znowu przechodzi, a w zasadzie to kończy się, bardzo spokojnie. Sam utwór, mimo, że jeden z lepszych na krążku, może nieco razić, w porównaniu z tym, jak rewelacyjnie wypadał w filmie. I tak jest niestety z większością kawałków. Oprócz różnych modyfikacji motywu przewodniego - łagodniejszych i mocniejszych, wspomnieć należy o świetnej trąbce, która gra niestety "drugie skrzypce" w poszczególnych utworach. Bardzo dobrze słyszymy ją chociażby w "Goodnight", ale zawsze pojawia się gdzieś tam w tle - trochę szkoda. Z innych wysuwających się melodii warto nadmienić "The Orange Man" i końcową suitę "Mr. Glass / End Title", która stanowi jakby podsumowanie całości. Całość jednak nie satysfakcjonuje, a płyta sprawia wrażenie kompozycji straconej szansy, gdyż odnosi się wrażenie, że mogło być znacznie lepiej. Tu chciałbym wyjaśnić notę końcową, którą w rzeczywistości wynosi 3,5 gwiazdki, a to dlatego, że jest to score niesamowicie intrygujący, zmuszający do refleksji, i tak bardzo inny od dostępnych na rynku płyt - zatem same 3 gwiazdki byłyby krzywdzące. Z kolei na 4 gwiazdki czułem zbyt duży niedosyt i stawiając je byłbym sprzeczny sam ze sobą. Uważam jednak, że wciąż jest to płyta, po którą warto sięgnąć, tym bardziej, że nie rozchodzi się jak świeże bułeczki, a wręcz przeciwnie - stoi na półkach i się kurzy. Nie jest to z całą pewnością muzyka dla każdego, ale polecam gorąco mimo wszystko. P.S. Jednak ostatnio postanowiłem zmienić ocenę końcową na 4 gwiazdki, a to za sprawą ścieżki dźwiękowej z "Dreamcatcher"... Dlaczego? W tamtej recenzji znajdziecie odpowiednie wyjaśnienia :) Poniżej - jako ciekawostka - okładka z wydania Academy Promo.
|
![]() |
|
![]() |