
VIOLEMI - THE SLAVE OF DELUSION
MUZYKA: Paweł Pudło ROK PRODUKCJI: 2010 WYTWÓRNIA: MusicPudlo.com CZAS TRWANIA: 55:27 min.
Nie samą muzyką filmową człowiek żyje - no, przynajmniej nie do końca. Nawet najbardziej zatwardziali fani 'filmówki' sięgają więc po jakieś alternatywy. Jednakże w dzisiejszych czasach gatunki muzyczne tak często i tak mocno się ze sobą mieszają, że nie raz trudno jest jednoznacznie określić ich przynależność. Tak przynajmniej jest z projektem "Violemi - The Slave of Delusion", który będąc autorskim concept albumem Pawła Pudło, stoi gdzieś pomiędzy epicką ilustracją do nie powstałego nigdy filmu, operą i musicalem, a klimatami pokroju Nightwish - a wszystko to skąpane jeszcze w sosie symfonicznym. I, co zaskakująco ciekawe, jest to w pełni produkt made in Poland. Nie będę wnikał w to, o czym opowiada tytułowe Violemi. Dość powiedzieć, że "akcja" muzyki dzieje się w Arstonaroth - odległym królestwie, w którym nagle zaczyna źle się dziać. Reszty historii, jak i całej genezy projektu, oraz jego twórcach, dowiecie się ze strony www.violemi.com/pl/project. Ja natomiast pobawię się w trochę liczb. Otóż sam projekt zajął jego twórcy całe 3 lata. Muzykę skomponowano na aż 117 instrumentów, 80-osobowy chór mieszany, sopran solo oraz dwoje wokalistów (Magdalena Babiszewska słyszana w utworach nr: 3, 4, 5, 9, 10, 11, 17 i Krzysztof Forkasiewicz udzielający się w numerach: 6, 7, 8 i 10). Do tego dochodzi też czwórka solistów w osobach: Anna Dębicka - skrzypce (5, 10), Urszula Lechowicz - altówka (11, 13, 14), Artur Wilniewczyc - fortepian (11, 17) i Rafał Habrajski szalejący na perkusji w tracku 11. Uff... Trzeba przyznać, że jak na polskie, w dodatku niezależne i niskobudżetowe warunki to całkiem sporo. Na całe szczęście liczby te nie zostały rzucone na wiatr i to wszystko, co wymieniłem powyżej, doskonale słychać na albumie, który robi bardzo pozytywne, często epickie wrażenie. Ta epickość obecna jest tu od samego początku, aczkolwiek pierwsze utwory mogą niektórych zniechęcić, gdyż jako żywo przypominają kalkę trailerowych hitów zza oceanu, tworzonych przez takie grupy, jak Immediate Music czy Two Steps From Hell. Choć z pewnością jest to tzw. mocne otwarcie, to jednak nijak ma się do reszty albumu - aczkolwiek fani takich patetycznych, rozbuchanych klimatów na pewno nie będą mieli na co narzekać. Po tym krótkim wstępie nadchodzi czas konkretów - czas Violemi i Correna (no proszę, jednak nieco genezy mi wyjdzie - w każdym razie, jeśli słusznie skojarzyliście te imiona z instrumentami, to zachęcam do pogłębienia wiedzy na podanej wyżej stronie, w zakładce: "names"), którzy śpiewająco zaczynają przedstawiać nam historię swoją i krainy, jaką zamieszkują. Raz czynią to spokojnie, trochę na modłę wspomnianego musicalu, innym razem operują (dosłownie) znacznie wyższymi, dostojniejszymi dźwiękami (bardzo ładna jest w ogóle strona liryczna), żeby za chwilę przypieczętować to metalowym "darciem ryja", czyli tzw. growlingiem. I jakkolwiek kiczowato brzmieć to może na papierze (czy też raczej na komputerowych bitach), tak muzycznie nie czuć jakichś większych zgrzytów, mimo iż zdarzają się tu fragmenty balansujące niepokojąco na granicy nadmienionej tandety, lub też brzmiące odrobinę sztucznie. Myślę jednak, że w tym wypadku jakąkolwiek winę należy zwalić na brak odniesienia, ergo dopracowania tej muzyki względem innej artystycznej materii - pomimo mocnej historii, jaka stoi za tekstami (autorstwa Anny Osowskiej) i porządnymi, wyimaginowanymi bohaterami, jest to bowiem ilustracja zawieszona nieco w próżni, a przez to trudniej przyswoić pewne jej aspekty. To co może natomiast drażnić, to pewne podobieństwa do - oprócz wspomnianych wcześniej zespołów - zachodnich wyjadaczy muzyki filmowej. Nie będę przywoływał tu konkretnych nazwisk, bo raz, że jest to w sumie bardziej inspiracja, tudzież zwykłe osłuchanie się autora ich muzyką, a nie żadne plagiaty; a dwa, że każdy na pewno będzie miał swoje własne skojarzenia i odczucia względem tejże muzyki, która zresztą pomimo tych konotacji jest tworem na wskroś oryginalnym, zmyślnym i zgrabnie zaaranżowanym. Na pewno niektórzy mogą się też czepiać swego rodzaju anglizacji projektu - nie ma tu bowiem ani słowa w naszym rodzimym języku. Ja osobiście nie poczytuję sobie tego za wadę, a wręcz przeciwnie - w takiej formie projekt ten jest bardziej uniwersalny. Niemniej istnienie wersji polskiej z pewnością nikomu by nie zaszkodziło, a kto wie, może nawet uatrakcyjniłoby całość. To jednak tylko detale, które większego wpływu na wrażenia nie mają - szczególnie, że cała płyta jest wystarczająco spójna (choć oczywiście są tu fragmenty gorsze, czy nawet zbędne, jak np. niektóre z bonusów) i na tyle krótka, że nie ma czasu na nudę i marudzenie. W sumie główna historia to trochę ponad pół godziny słuchania, więc można mówić o niedosycie, czy wręcz o niewykorzystanym potencjale, którego zupełnie nie zapełniają utwory dodatkowe. Lecz nawet pomimo tego "Violemi" jest pozycją zaskakująco dobrą i klimatyczną, z którą na pewno warto zapoznać się nieco bliżej. Szczególnie, że jest idealnym zobrazowaniem dwóch wyświechtanych już w sumie haseł, czyli: "Polak potrafi" i "jak zrobić coś z niczego". Rekomendowane. P.S. Dostępna jest również edycja specjalna albumu, zawierająca dodatkowe 19 utworów. Więcej informacji o projekcie znajduje się kliknij tutaj |
![]() |
|
![]() |