WAR OF THE WORLDS

MUZYKA: John Williams
ROK PRODUKCJI: 2005
WYTWÓRNIA: Decca / Universal
CZAS TRWANIA: 61:01 min.


01. PROLOGUE (Morgan Freeman)
02. THE FERRY SCENE
03. REACHING THE COUNTRY
04. THE INTERSECTION SCENE
05. RAY AND RACHEL
06. ESCAPE FROM THE CITY
07. PROBING THE BASEMENT
08. REFUGEE STATUS
09. THE ATTACK ON THE CAR
10. THE SEPERATION OF THE FAMILY
11. THE CONFRONTATION WITH OGILVY
12. THE RETURN TO BOSTON
13. ESCAPE FROM THE BASKET
14. THE REUNION (Morgan Freeman)
15. EPILOGUE



Muzyka filmowa pełna jest wielkich nazwisk - Morricone, Vangelis... Bez wątpienia jednym z nich jest także John Williams. Kompozytor, który stworzył muzykę do ostatniego filmu Stevena Spielberga - "Wojna Światów". Wybór Johna Williamsa na twórcę tej ścieżki dźwiękowej nie był żadnym zaskoczeniem. Duet Williams-Spielberg już od wielu lat wspólnie tworzy największe hity światowego kina. Do ich osiągnięć należą chociażby "Szczęki", "Bliskie spotkania trzeciego stopnia", "Park Jurajski", "Lista Schindlera" i cała trylogia przygód Indiany Jonesa. Dzięki muzyce do tych filmów John Williams jest uznawany obecnie za jednego z najwybitniejszych twórców muzyki filmowej na świecie. Kompozytor ten jest także rekordzistą pod względem ilości zdobytych nagród. Ma on aż 5 Oscarów za najlepszą muzykę filmową, czyli najwięcej pośród wszystkich żyjących kompozytorów. Niestety opinia Williamsa jako najlepszego kompozytora została ostatnio wystawiona na wielką próbę. A stało się to właśnie za sprawą muzyki do "Wojny Światów", w której kompozytor niestety nie pokazuje niczego godnego uwagi...

Największą zaletą Johna Williamsa do tej pory była umiejętność tworzenia pięknych, przebojowych motywów i świetne aranżacje na orkiestrę symfoniczną. W końcu któż z nas nie zna przerażającego tematu z filmu "Szczęki" czy marszu imperialnego z "Gwiezdnych Wojen". W "Wojnie Światów" zdecydowanie brakuje jakiegokolwiek motywu czy tematu, który mógłby wyróżnić tę ścieżkę dźwiękową od innych. Po przesłuchaniu całej płyty miałem wrażenie, że powstała ona w wielkim pośpiechu i tak do końca kompozytor nie przemyślał tego, jak powinna ta muzyka w ogóle wyglądać. No bo pomyślmy - film w wielkim skrócie opowiada o inwazji obcych na Ziemię. Taka tematyka nie jest chyba Williamsowi obca, jeśli przypomnimy sobie takie filmy jak "Bliskie spotkania trzeciego stopnia", "E.T." czy chociażby "Gwiezdne Wojny". To też były filmy fantastyczne z obcymi cywilizacjami w rolach głównych, a mimo to ścieżki dźwiękowe do nich były zupełnie inne. Williams tworzył tam przejmujące i porywające motywy, które bez problemu zapadały w pamięć i przesądzały o sukcesach obrazów. W przypadku "Wojny Światów" nie wiadomo, dlaczego kompozytor zarzuca swój dotychczasowy warsztat, czego efektem jest ścieżka dźwiękowa wypełniona potężnym orkiestrowym brzmieniem, ale nie zawierająca żadnej treści.

Takie posunięcie można by tłumaczyć chęcią Williamsa do podążania za najnowszymi trendami muzyki filmowej. W końcu chyba już wszyscy zainteresowani tematem zauważyli, że wszystkie ukazujące się od kilku miesięcy ścieżki dźwiękowe charakteryzuje fatalny przerost formy nad treścią. Nawet sprawdzeni kompozytorzy jak Hans Zimmer czy James Newton Howard ("Batman Begins") przestają skupiać się na tworzeniu melodycznych i zapadających w pamięć tematów, a więcej uwagi poświęcają na wymyślanie nowych form i środków wyrazu. Najlepszym tego przykładem może być chociażby "Sin City", które nie oferuje nic więcej poza mrocznym stylem neo-noir (jak to nazwał sam reżyser - Robert Rodriguez). Jednak gdyby przyjąć taką hipotezę, że John Williams stara się gonić za stylowymi rewelacjami swoich młodszych kolegów, to skąd w jego twórczości taki nagły zwrot? Gdzie się podziała ta żelazna konsekwencja wielkiego Williamsa w robieniu swojego, bez względu na innych, która ostatecznie przyniosła mu taką sławę? Myślę, że najprostszym wytłumaczeniem będzie jednak uznanie muzyki do "Wojny Światów" jako zwykłej wpadki tego kompozytora.

Jak już wcześniej wspominałem - to, co się rzuca od razu z oczy (uszy?) to wrażenie, jakby muzyka do "Wojny Światów" powstawała w wielkim pośpiechu. Takie wrażenie potęguje właśnie brak jakichkolwiek motywów czy tematów, które sprawia, że muzyka jest niezwykle chaotyczna i nic jej tutaj nie porządkuje. Z pewnością gdyby powstał jakiś motyw obcych czy Raya, jak to zwykle Williams robił, wszystko to można by jakoś sobie poukładać. Niestety, tego tutaj właśnie brak. Poza tym muzyka na tej płycie jest jednostajna i wręcz monotonna, przez co nie potrafi niczym zaskoczyć. Można co prawda znaleźć tutaj utwory o różnym ładunku emocjonalnym, jak na przykład sentymentalne i spokojne "Ray And Rachel" czy "Refugee Status", a z drugiej strony głośne "The Ferry Scene", ale tak naprawdę nie dają one powodów, dla których chciałoby się je jeszcze raz przesłuchać. To, co tutaj razi, to także niezwykłe podobieństwo do poprzedniego dzieła Williamsa, a mowa o "Zemście Sithów". Powtarzające się pomysły i niektóre rozwiązania instrumentalne w utworach "Refugee Status" i "The Return to Boston" aż się proszą o przypomnienie właśnie ostatniej odsłony sagi "Star Wars". Miejscami pojawia się także sporo podobieństw do "A.I.", łącznie z mrocznym "The Separation of the Family" i "Reaching the Country" na czele. Sytuacji nie poprawiają nawet monologi Morgana Freemana pojawiające się z utworach "Prologue" i "The Reunion".

Nie jest to co prawda muzyka łatwa do słuchania, ale na pewno znajdzie ona swoich zwolenników. Być może zachęci ich do kupna tej płyty zaskakująco niska cena (ciekawe dlaczego tak niska?), a może nazwisko słynnego kompozytora na niezbyt oryginalnej okładce (znowu pomniejszony plakat). Z pewnością cała otoczka, jaka powstała wokół tej płyty podniosła co do niej oczekiwania na tyle wysoko, że muzyka nie zdołała im podołać. Oczekiwano wielu partii chóralnych, a niestety nie osiągają one tutaj nawet przyzwoitego poziomu. Oczekiwano powalających tematów, a nie pojawiają się żadne. Trochę żal, że do filmu dającego tak wiele możliwości kompozytorowi powstała tak fatalna ścieżka dźwiękowa. Można zrzucić to na karb tego, że Williams z tym samym czasie komponował muzykę do ostatniej części "Gwiezdnych Wojen". Ale w końcu tak doświadczony kompozytor powinien znać granice swoich możliwości i nie zabierać się do czegoś, jeśli wie, że nie będzie w stanie zrobić tego przynajmniej porządnie. W samym filmie muzyka jak zwykle u Williamsa wtapia się w obraz tak, że jest prawie niezauważalna, chociaż odczuwalna. Do mnie nie przemawia taka wizja muzyki, jaką pokazał John Williams w najnowszym filmie Spielberga. Sam film zresztą także nie zachwyca. Pan Spielberg po raz kolejny pokazał, że jest mistrzem w rzemiośle filmowym, co niestety dla niektórych jest równoznaczne z tym, że jest on dobrym reżyserem. Tak niestety nie jest i oprócz świetnego rzemiosła nic więcej ten obraz nie oferuje. A to mógł być naprawdę wielki film...

Ocena:
Autor recenzji: Łukasz Waligórski
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI