
X-MEN: THE LAST STAND
MUZYKA: John Powell ROK PRODUKCJI: 2006 WYTWÓRNIA: Varese Sarabande / Colosseum CZAS TRWANIA: 63:44 min.
Po wielu spekulacjach... Po wielu perturbacjach... Oto nadszedł... "X-Men: Ostatni Bastion"... Po objawieniu dwóch pierwszych części można było sądzić, że przemysł filmowy poprzestanie na dwóch epizodach stworzonych przez Bryana Singera. Jednak po sporym sukcesie części drugiej producenci już zaczęli zacierać ręce, a widzowie wytężyli słuch na jakiekolwiek nowinki dotyczące nowej odsłony. Nastąpiła jednak pewna okoliczność, której producenci przewidzieć nie mogli. Otóż reżyser obu części, Bryan Singer, widocznie wypalony tematem X-mutantów, odszedł z projektu na rzecz swojej nowej produkcji "Superman Returns". Jakby tego było mało, pociągnął za sobą kompozytora muzyki, Johna Ottmana, jak i odtwórcę roli Cyclopsa, Jamesa Mardsena. Na miejsce Singera wskoczył inny reżyser młodego pokolenia, Brett Rattner, znany głównie z wyreżyserowania obu części "Godzin Szczytu" i nowej wersji "Czerwonego Smoka". Natomiast rolę kompozytora przejął John Powell, jeden z adeptów Media Ventures. Sam kompozytor był do tej pory znany z nietuzinkowych kompozycji do filmów akcji i najprawdopodobniej to przesądziło o jego wyborze, gdyż o wpływach reżysera raczej nie może być mowy. Czy wybór kompozytora okazał się trafny? Jak najbardziej tak. Myślę, że tą kompozycją John Powell zamknął usta tym wszystkim ludziom, którzy narzekali, twierdząc, że powiela tylko schematy stworzone przez Hansa Zimmera i jego MV, a ponadto nie stara się wybić ponad tą całą elektroniczną "papkę", jak nazywa wielu ludzi muzykę Media Ventures. Z drugiej zaś strony sądzę, że Powell potrzebował bodźca i wielkiego wyzwania jakim bez wątpienia było zilustrowanie najnowszej części "X-Men", która otworzyła przed nim szerokie możliwości kompozytorskie. Tutaj bez wątpienia mógł sobie pozwolić na wolność twórczą, nie wysłuchując bez przerwy narzekań producentów, wtrącających się do jego pracy. Myślę, że reżyser po prostu powiedział Johnowi: To ma być wielka muzyka. I taką faktycznie się stała. To, co od razu wprawiło mnie w zaskoczenie po wysłuchaniu partytury Johna Powella, to znikoma zawartość elektroniki w przekroju całej kompozycji. Do tej pory kompozytor przyzwyczaił nas do tego, iż nagminnie sięgał po sample czy przeróżne instrumenty elektroniczne i na ich bazie budował szkielet swoich kompozycji. W "X-Men: The Last Stand" sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Szkieletem i duszą całego score'a jest potężna orkiestra symfoniczna. To na jej bazie Powell zbudował wszystkie tematy, jakie stworzył na potrzeby filmu. Oprócz orkiestry kompozytor główny nacisk położył na wykorzystanie chórów. Najczęściej mamy do czynienia z chórami mieszanymi, ale nie brakuje także fraz rozpisanych na piękne chóry żeńskie. Całość uzupełnia właśnie wspomniana wcześniej elektronika. Natomiast odnosząc się do oryginalności tej ścieżki, należy wspomnieć, iż widoczne są podobieństwa stylowe do twórczości takich kompozytorów jak: Danny Elfman, John Williams czy chociażby Elliot Goldenthal. Płyta ukazała się nakładem Varese Sarabande Records, a długość całości to ponad 61 minut muzyki ubranych w 27 utworów, co bardzo cieszy, choć to już standard, do którego od kilku lat przyzwyczaja nas Varese. Większość płyty stanowią utwory dynamiczne, czyli 'action score', ale nie brakuje także utworów nacechowanych uczuciami i pięknem. Album otwiera utwór "20 Years Ago", utrzymany w bardzo optymistycznym klimacie, oparty głównie na sekcji smyczkowej oraz wykorzystaniu fletu poprzecznego. W utworze następnym, "Bathroom Titles", zaprezentowany nam zostaje jeden z tematów. Jest to świetny, dynamiczny motyw, którego główna linia melodyczna oparta została na rogu francuskim przy akompaniamencie drapieżnej sekcji smyczkowej (nawiasem mówiąc utwór ten w filmie, podczas czołówki, występuje w nieco innej wersji). Drugim, moim zdaniem najlepszym tematem, jest temat Phoenix, zaprezentowany już w utworze piątym, "Whirpool of Love", którego epicentrum przypada na utwory "Dark Pheonix's Tragedy" oraz "Pheonix Rises" - jedne z najlepszych utworów na krążku. Rozpisany został na potężną sekcję smyczkową, chór oraz elektronikę imitującą ostinato smyczkowe, które przywodzi mi na myśl "Time Machine" Klausa Badelta. Jest to jeden z najpiękniejszych tematów jakie kiedykolwiek stworzył John Powell i jakie dane mi było kiedykolwiek słyszeć. Utwór "Angel's Cure" odsłania przed nami temat nr 3 - kolejny heroiczny, można by powiedzieć zwiastujący zwycięstwo. Są to trzy główne tematy całej kompozycji, które pojawiają się w wielu jej miejscach. Nie jest to jednak zwykłe kopiowanie i rearanżowanie ich przy użyciu innych instrumentów oraz zmian tempa. Powell z każdym użyciem jednego z tych tematów tworzy wokół niego całkowicie nową otoczkę muzyczną, niejako rozwija je w nowe motywy poboczne. Sprawia to, że score nabiera jeszcze większej wartości i nie nuży monotonią. Mistrzami w takich zabiegach byli między innymi John Williams i Jerry Goldsmith. Na zakończenie dostajemy perełkę w postaci wieńczacego krążek - "The Last Stand". Cudeńko pod każdym względem. Rzeczą rzadko spotykaną jest fakt, iż do każdej części muzykę komponował inny twórca. Jak więc muzyka Johna Powella wypada w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami Michaela Kamena i Johna Ottmana? Jest to niewątpliwie muzyka z największym ładunkiem energetycznym. Jeśli można powiedzieć, iż Powell wzorował się na kimś, to bardziej na Ottmanie niż na Kamenie. Zbieżności jakie nasuwają się od razu to miejscami chaotyczne orkiestracje, podobna konstrukcja tematów głównych oraz heroizm całości. Co prawda Powell nie zaprezentował tak wyrazistego tematu jak John Ottman, to jednak ilość tematów i motywów pobocznych rekompensuje to całkowicie. Uważam, że John Powell swoją kompozycją przyćmił zarówno Johna Ottmana, jak i mimo wszystko Michaela Kamena, choć tego drugiego w o wiele mniejszym stopniu. Polecam tą pozycję każdemu fanowi muzyki filmowej, gdyż jest to kawał świetnej i niebanalnej muzyki. Moja właściwa ocena to 4,5 gwiazdki. |
![]() |
|
![]() |