X-MEN: FIRST CLASS

MUZYKA: Henry Jackman
ROK PRODUKCJI: 2011
WYTWÓRNIA: Sony Classical
CZAS TRWANIA: 60:15 min.


01. FIRST CLASS
02. PAIN AND ANGER
03. WOULD YOU DATE ME?
04. NOT THAT SORT OF BANK
05. FRANKENSTEIN'S MONSTER
06. WHAT AM I THINKING
07. CEREBRO
08. MOBILISE FOR RUSSIA
09. RISE UP TO RULE
10. COLD WAR
11. X-TRAINING
12. RAGE AND SERENITY
13. TO BEAST OR NOT TO BEAST
14. TRUE COLOURS
15. LET BATTLE COMMENCE
16. SUB LIFT
17. COUP D'ÉTAT
18. MUTANT AND PROUD
19. X-MEN
20. MAGNETO



Sequele, prequele, rebooty, remake'i... można się już w tym wszystkim pogubić - szczególnie, kiedy co drugi film wyświetlany w kinach należy do którejś z wyżej wymienionych kategorii. W tych przynależnościach gubią się chyba powoli także i sami twórcy. Takie przynajmniej naszło mnie wrażenie po pierwszoklasowej, najnowszej odsłonie X-Men, która choć oficjalnie jest zwykłą wariacją na temat, tudzież rebootem przygód mutantów, to jednak posiada w sobie zbyt wiele elementów wskazujących wyraźnie na prequel trylogii Singera. Elementy te mają co prawda uchodzić za zwykłe smaczki i mrugnięcia okiem do fanów, ale jest ich na tyle dużo, a przy tym są zbyt ważne i zbyt dokładne, by można je było zignorować. No i występują na wielu różnych płaszczyznach - w tym także i muzycznej.

Odpowiedzialny zań Henry Jackman, młodzik ze stajni Zimmera, który coraz śmielej poczyna sobie w branży, wykorzystał bowiem temat Michael Kamena z pierwszego filmu. Uczynił to aż dwukrotnie - raz w (nieobecnym na płycie) prologu filmu, który skopiował niemal klatka po klatce scenę z produkcji Singera sprzed dekady, a drugi w krótkim "Mobilise For Russia" odnoszącym się do super-hiper odrzutowca wojskowego. I to właśnie podobne zabiegi sprawiają, że widz ma potem sieczkę w głowie. Abstrahując jednak od tej ciekawostki przyrodniczej, to trzeba przyznać, że Jackman poradził sobie całkiem nieźle, jak na pierwszy tak duży, samodzielnie zilustrowany blockbuster w karierze.

A przynajmniej dobrze - ba! wręcz rewelacyjnie - zaczął. Otwierający album utwór tytułowy nie jest może wielce oryginalny, ani też specjalnie wysublimowany, ale spełnia swe zadanie z nawiązką - mocna, heroiczno-patetyczna nuta świetnie sprawdza się jako wizytówka filmu i bez problemu wpada w ucho poza nim. Tym samym ewolucja zakończyła się, a fani mogą odetchnąć z ulgą - mutanci w końcu zyskali fanfary z prawdziwego zdarzenia! Nie mam co prawda nic do zarzucenia poprzednim czterem tematom, ale ani dostojny Ottman, ani lekko chaotyczny Powell, ani tym bardziej mocno stonowany Kamen i napuszony Gregson-Williams nie dali mi w tej kwestii tyle frajdy, co Jackman właśnie. Jego temat to bowiem czysty fun i power, jakim nie pogardziłby Pudzian przed kolejną walką. Nic więc dziwnego, że kompozytor przemieli go w całej partyturze jeszcze kilkukrotnie ("Cerebro", "X-Training", "Let Battle Commence"...), choć oczywiście bez porównywalnego efektu.

Zresztą pozostała część pracy Jackmana już tak nie imponuje. Na godzinnym albumie znajdziemy jeszcze co prawda kilka perełek, jak np. znakomity "Sub Lift" z potężnymi chórami (szczególnie na dużym ekranie robiący piorunujące wrażenie) lub agresywny, mocno rockowy "Magneto" zamykający film/płytę, a stanowiący wariację tematu Erika Lehnsherra - na gitarę właśnie, która osiąga apogeum już w "Pain and Anger", by później złowrogo i nieco leniwie sączyć się z głośników we fragmencie "Not That Sort Of Bank", czy też, w nieco bardziej egzotycznej aranżacji, "Frankenstein's Monster". Szkoda tylko, że poza fajnie podsycającym (muzycznie niespełnione) napięcie "True Colours" nie zostaje on zbyt zręcznie wyeksponowany w dalszej części płyty.

Płyty miejscami przebojowej, ale - powiedzmy sobie szczerze - ogólnie dość topornej i często nijakiej, w której poza dwoma ww tematami nie ma za bardzo na czym ucha zawiesić. Jest co prawda jakaś tam liryka ("Would You Date Me?", "To Beast Or Not To Beast", "X-Men"), ale niezbyt emocjonalna i ledwie zauważalna. Jest też sporo akcji - w taki, czy inny sposób co drugi utwór - ale od tej albo boli głowa (fatalnie brzmiąca, przepuszczona przez komputer gitara w "X-Training"), albo jest źle zmontowana (zarówno "Rise Up To Rule" i "Let Battle Commence" powinny zostać podzielone na parę krótszych ścieżek), albo stanowi zżynkę z hitów RCP (popularna ostatnio "Incepcja", ale też i choćby "The Thin Red Line"), albo zwyczajnie brakuje jej polotu i pomysłowości, jakimi mogą się pochwalić oprawy do singerowskiej trylogii. A czasem i wszystko to na raz...

O dziwo większość z tych niedostatków, zarówno w warsztacie, jak i obyciu Jackmana, niknie jednak na dużym ekranie, gdzie muzyka sprawdza się więcej, niż poprawnie, dodając wielu scenom +50 do zajebistości. Tym samym nie jest to muzyka zła. Jedynie niedopracowana, odrobinę prostacka i albumowo kiksująca, przez co pozostawia duży niedosyt. Mimo ewidentnej fajności trochę jej więc do pierwszej klasy brakuje...




Ocena:
Autor recenzji: MEFISTO
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI

Podziel się