Sobota, 21 sierpnia
Tego wspaniałego dnia zostałem dosłownie i w przenośni wspaniałomyślnie oddany pod opiekę bractwa KMF. Na urokliwym peronie, bladym świtem czekali już towarzysze sierpniowej niedoli: frakcja wampiryczna pozbawiona szefa, czyli Dejna i Vincent oraz niezrzeszeni mieszkańcy stolicy: Shandor ze swoją towarzyszką życia (i podróży) Edytą. Nadszedł więc czas wyruszyć w drogę. A jazda Intercity potrafi być prawdziwą męką dla układu nerwowego i wszelkich innych układów. Po pierwsze: bagaż Dejny jakimś cudem upchnięty na półce w przedziale mógł w każdej w chwili się spier.... spaść. Po drugie: dzieci biegające z kolorowanką o Barbie i drące się do siebie cudnymi głosikami skutecznie doprowadzały do stanu nerwowego ożywienia przedstawicieli klubowego public relations, a po trzecie wczesna pora nie sprzyjała zbytnio nastrojowi relaksacyjnemu. W tym miejscu kondolencje dla kolegi Shandora, który w przedziale obok doświadczył efektu Dolby Digital 5.1 czyli: dzieciaki na korytarzu, dzieciaki w przedziale + panikująca babcia - opiekunka na miejscu. Najlepszym sposobem na przetrwanie podróży było więc oddanie się lekturze. Do dyspozycji były jedynie "powieści kryminalne" autorstwa "duchowej spadkobierczyni Agathy Christie". Nie za bardzo miałem chęć oddawać się żadnej spadkobierczyni, nawet duchowej, ale czego się nie robi z nudów....
 | |
Po pasjonującej podróży, dyskusji o kolorowych alkoholach i przesiadce w lokalny PKS dotarliśmy DO KRESU lub - jak kto woli - do Karwii. Karwia to niezwykle urokliwa, mała miejscowość (dwie ulice + skręt) nastawiona na przyjęcie każdego i za każdą cenę pod warunkiem, że delikwent przybywa w sezonie. Po spacerze niezwykle patriotyczną ulicą Wojska Polskiego, znaleźliśmy tradycyjne polskie domki z jakże poetyckimi spadzistymi dachami. Starsza brać klubowa spojrzała spode łba na przybyłą z Warszawy równie starszą brać (Dejnę), a lękliwe baranki - debiutanci zjazdowi (Vincent, Shandorowie i ja) po kolei ujawniali swoje ksywki. Nadszedł czas, aby się zakwaterować. Phonik i (tymczasowo) Crash już rozgościli się w domku numer dwa. Domku, którego wszystkie tajemnice ze zniewalającą akustyką włącznie mieliśmy dopiero odkryć...
W tym samym czasie gdzieś tam hen w oddali, pośród leśnej głuszy nieśmiało do sklepu podążały i ze sklepu wracały ONE. Bezszelestnie i w tajemnicy bytowały za ścianą naszego domku, aby się w porę ujawnić. One na swoich gniadych rumakach. Anioły nie kobiety - Siostry Magdalenki...
I nastał wieczór. I gwiazdy zaświeciły. I brać klubowa w "mafię" grać poczęła. Miasto umęczone szło spać, mafia aktywność wykazywała, trup padał gęsto, budził się ordynator (debiut zjazdowy), a potem wszyscy oczęta otwierali i typowali. Wyobraź sobie czytelniku, jak mogło to wszystko wyglądać w szeregach KMF... Następnie rozpoczęła się jedyna na tym zjezdzie, za to dość zaciekła i wielowątkowa dyskusja teoretyczno - praktyczna O FILMIE. "Fahrenheit - arcydzieło czy propaganda ?" "Pasja - flaki czy refleksja ?", a także gwóźdź programu "Czy Szpilman do cholery był bohaterem ?" Dyskusja przebiegała na dość wysokich tonach i nawet Renata Beger mogłaby pozazdrościć kurwików w oczach co bardziej zapalonym dyskutantom.
"- Czy Szpilman był bohaterem ?
- Był.
- A dlaczego ?
- Bo tak."
W międzyczasie przyjechał Karol, Magdalenki mignęły w drzwiach, ktoś uciekł i na fotelu usnął ktoś. I klub legł na wyrach.
I minął wieczór i poranek... I pierwszy dzień zjazdu przeszedł do historii.
Niedziela, 22 sierpnia
Lodówka zabrzęczała, głosy zza ściany dobiegać zaczęły. Cóż za dobrodziej o 6.30 w dzień świąteczny wydziera się ? Kto budzi ze snu udręczonego wędrowca ? To tylko Karina narzeka zza ściany na brak miłosierdzia swych towarzyszek - Ani i Julki. Spuśćmy zasłonę milczenia tudzież wszystkie inne zasłony na treść owej rozmowy. Nadmienię jednak - celem sprawiedliwości dziejowej - że towarzyszki Kariny okazały się być wybitnie niehumanitarne i niehigieniczne względem koleżanki, wskutek czego wyżej wymieniona została narażona na dolegliwości natury dermatologicznej. Amen.
I tak właśnie dała o sobie znać nieprzeciętna akustyka pomieszczeń. Tak oto dały o sobie znać ONE. Tym sposobem, za sprawą sąsiadek, autor tego tekstu chodził niewyspany przez kolejne 12 albo nawet więcej godzin. Gromy z jasnego nieba jednak nie błyskały, a wiatr nie przybrał na sile. Klub wracał do życia.
|  |
Chyba tego dnia po raz pierwszy zobaczyłem absolutne hity wakacyjnego zjazdu. Rozmowę Wojtka Cejrowskiego z tak zwaną "Frytką" w wersji nieocenzurowanej (współczesna definicja kobiety wyzwolonej), filozoficzną wersję "Misia Uszatka" (okrzyki powitalne polski ludowej) oraz traktującą o hedonistycznych poszukiwaniach współczesnego człowieka wersję przygód porucznika Borewicza. Kwestie bytu i niebytu zawarte w tych edukacyjnych produkcjach zawładnęły bez reszty umysłami klubowiczy, a niektóre ważkie cytaty przeszły do zjazdowego języka codziennego. Prawdy te były tak porywające, że uwłaczające byłoby cytowanie ich tutaj. No, może poza jedną: "Heellloł! Taki jest tytuł dzisiejszego odcinka".
To w ogóle był dzień debiutów i kulturowych objawień. W Dejnie objawiły się uczucia macierzyńskie na skutek porannych wrzasków Adrianka i Michałka. Potem nowej symboliki nabrał kanarek z pieca, który jak za Kazimierą Szczuką powtarza Shandor, jest symbolem upadłej męskości ;)), następnie wzruszył nas dogłębnie kawałek "Pierwszy siwy włos na twojej skroni", który z pewnością korespondował z wprawiającym w zamyślenie szumem fal, jaki dał się słyszeć na odbytym wcześniej spacerze. To był jednak dopiero początek artystycznych wrażeń. Z głośników jął się dobywać bowiem nr 13 z przywiezionej prosto z Ciechocinka płyty "Dawnych wspomnień czar". Nasze serca zajął i opuścić ich długo nie chciał zespół - legenda. Gwiazda polskiego punk rocka: Tercet Egzotyczny.
TERCET EGZOTYCZNY - Pamelo żegnaj ! (fragment)
"Czy słyszysz Pamelo ten śpiew i dźwięki gitar ?
To śpiewają chłopcy z naszego puebla
Jutro o świcie idziemy w świat
Głód wypędza nas z tego pustego stepu
Na którym rosną tylko kolczaste opuncje (...)"
Porywająca poetyka głodu na stepie ? Nieprawdaż ?
Gdzieś w międzyczasie odbyła się jeszcze historyczna partia "mafii", która udowodniła, że nawet jeśli wszyscy wiedzą, kto jest w "tytułowej zorganizowanej grupie przestępczej", to i tak ten ktoś może pozostać żywy przez kilka następnych rund. Gratulacje Jimi ! Gratulujemy także kataniemu - ordynatorowi, czyli bezszelestnym siostrom Magdalenkom. Czapki z głów !
Był to także dzień zagadek filmowych upływający pod hasłem "A w jakim filmie ?", a także dzień przyjazdu Duxa, Viki, ich znajomych spoza klubu oraz Huntera i Alieena. Nikt jednak nie ruszył się, aby przywitać prezesa na wzór LPeRowski "chlebem i solą" lub jak kto woli "chlebem i Solo". Być może w głowach już wszystkim szumiało... od nadmiaru treści przekazywanych przez Tercet Egzotyczny oczywiście.
I tak minął wieczór i jakimś cudem zastał nas poranek.
Poniedziałek, 23 sierpnia
Kolejny świt w Karwi i kolejna pobudka. Tym razem aniołki zza ściany gwałtownie potrzebowały cukru, czemu dawały wyraz przez ścianę w fazie pierwszej lub stukając w drzwi i okna w fazie drugiej. Jestem pełen podziwu dla inwencji sąsiadek, ich poranna aktywność miała jednak zostać brutalnie ukrócona już nadchodzącej nocy...
Poranek miał się mimo to rozpocząć kilka godzin później. Dux pomykał po domkach rozdając pamiątkowe, jubileuszowe znaczki KMF oraz fotosy filmowe. Hunter nie wykazał się aż tak daleko posuniętym miłosierdziem i nowiutkie koszulki KMF sprzedawał zamiast rozdawać ;)) Poranek był więc przedsiębiorczy.
Nie mogłem się oprzeć pokusie i złożyłem poranną (południową) wizytę siostrom Magdalenkom, aby im zakomunikować, że brutalnie przerwały mój nocny wypoczynek. Zostałem przez nie przywitany trzydniowym kurczakiem z rożna, który skutecznie zniechęcał do jakiegokolwiek dalszego opieprzania. Skuliłem się więc pokornie pod wielkim urokiem Magdalenek i wyszedłem po angielsku... 3:0 dla sióstr ;))
 | |
Ekipa KMF-u wybrała się następnie na plażę, aby zażyć kąpieli słonecznej. Co bardziej odważni skusili się również na kąpiel wodną co wymagało raczej sporej dawki samozaparcia.
Generalnie utworzyły się dwie grupy. Jedna preferująca aktywny wypoczynek rodem z programu "Kwadrans na kawę" odbijała radośnie zakupioną ze środków własnych piłkę do siatkówki. Druga zaś, zrzeszająca bardziej intelektualnie nastawionych do życia lub po prostu leniwych klubowiczów, wygrzewała się na słońcu. Jako że zagadki z cyklu "A w jakim filmie ?" zdążyły się już znudzić, wyłonił się pomysł, aby wskrzesić poległe gdzieś hen w tradycji zjazdowej kalambury filmowe. Okazały się być one indywidualnym pojedynkiem Dejny i Karola, którzy jak się okazuje zdolni są pokazać wszystko: od "Martwicy mózgu" po "Showgirls". Najbardziej perwersyjne zagadki, przy moim skromnym udziale, trafiały się zawsze Dejnie ("Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową", "Ogród rozkoszy ziemskich"), co skończyło się oczywiście jej osobistą zemstą skierowaną przeciwko mnie - musiałem pokazywać niosący wielorakie treści tytuł "Boski żigolo" ;) Na szczęscie obok leżały - równie boskie - siostry Magdalenki i z ich pomocą jakoś się udało.
W tym czasie ciemnym lasem, dziką plażą przybył na zjazd czołowy komunista III RP - Tomashec. Przez pół dnia zakwaterowany był na pięterku u Magdalenek, ale nie wiedzieć czemu zmienił lokum i zamieszkał w przyległym pokoju nawet za cenę spania na podłodze.
Tego dnia odwiedziliśmy smażalnię "U Bogdana", która, sądząc po wystroju wnętrza, miała rodowód socjalistyczny i która urzekła niektórych klubowiczów włosem w surówce. Najważniejsze jednak, że było edukacyjnie, historycznie i miło...
I tak nadszedł poniedziałkowy wieczór - czas jubileuszowego quizu z wiedzy klubowej. Zorganizowany on został - ku uciesze ogółu w siedzibie wspaniałych Magdalenek, które następnego dnia dzięki temu spały DŁUGO i spokojnie ;) Scenariusz i reżyseria quizu: Dejna. Punktacja: Edyta. Drużyna I - kapitan: Dux. Drużyna II - kapitan: Hunter. O Alieena rzucane były zaś kości i finalnie wylądował w drużynie hunterowskiej, która oczywiście wygrała ;) Pytania były trudne, nierzadko dotyczące tajemnicy bytu (Trzy pytania nurtujące ludzkość). Najtrudniejsze okazały się jednak te dotyczące obecnych na quizie klubowiczy, którzy sami po prostu nie pamiętali meandrów swojej pięcioletniej aktywności. Konkurs został jednak sprawnie przeprowadzony do końca, za co podziękowania należą się oczywiście Dejnie. Brawo!
Dalej było wspólne pompowanie fotela o drugiej w nocy przy jakże zgodnej współpracy Julki i Tomashka, nocne wyprawy na plażę po piwo (oczywiście przez las i w deszczu), "Celina" śpiewana na dwa głosy z akcentem warszawskim oraz nocne boje męskiej części domku o magnetofon, tudzież indywidualne potyczki byłego lokatora Magdalenek o plecak i klapki, które zostały mu dostarczone drogą lotniczą... przez balkon.
I tak minął wieczór i poranek, wyszło słońce i... poszliśmy spać.
Wtorek, 24 sierpnia
Poranek tym razem był CICHY. Ciekawe dlaczego? :))
Klub i tego dnia wybrał się zgodnie na plażę. I tym razem odbyły się Kalambury... I tym razem także było perwersyjnie... Jednak oprócz standardowego zestawu rozrywek, na gorącym piachu miały miejsce wydarzenia całkiem niespodziewane. Fotel z takim zapałem dmuchany w środku nocy przez zjazdowiczów, został przetransportowany do morza przez grupę pod przewodnictwem Duxa. Przez jakiś czas służył on pewnie jako obiekt przeznaczony do siedzenia na wodzie, potem jednak klubowiczom najwyraźniej odechciało się korzystać z uroków dmuchanego fotela i rzeczony mebel radośnie odpłynął do Szwecji ;))
Ostatnie chwile fotela w ojczyźnie zostały uwiecznione dla potomnych dzięki kamerze Jimiego.
Proponuję przy tej okazji uczcić pamięć fotela minutą ciszy. Niech snuje się bezpiecznie po akwenach wodnych krajów skandynawskich !
|  |
Kolejną nadprogramową rozrywką plażową było budowanie zamku także uwiecznione na filmie zjazdowym. W końcu klubowicze po kilku dniach przerwy musieli dać wyraz swoim zapędeom artystycznym. Pamięć zamku też wypadałoby uczcić, gdyż po kilku minutach od zakończenia prac budowlanych został on brutalnie i agresywnie najechany przez nieokrzesanych przybyszów z obcych i dzikich krain... Dzieci z okolicznych osrodków wczasowych istotnie dobrze się bawiły, rozwalając Architektoniczny Wykwit Klubowego Intelektu. To z pewnością szkodliwy wpływ telewizji i skutek nadmiernego oglądania Romana Giertycha w serwisach informacyjnych.
Wieczorem brać klubowa poczęła z braku lepszego zajęcia grać w "mafię" w domku sióstr Magdalenek (lub według nowego nazewnictwa "Aniołków Senka"). Jak zwykle posiadówa znacznie się przedłużyła. Karinę rozpierała energia i co bardziej uległych męskich członków zaciągała na parkiet. Tak właśnie potraktowała Vincenta i mnie ;) Nie powiem żebym był jakoś strasznie zrozpaczony z tego powodu... Zresztą został wtedy zawarty (w odmiennym stanie świadomości) pakt według którego autor tego tekstu staje się własnością Kariny w trakcie trwania piosenek Urszuli. Na szczęście "wokalistka" ta nie przeżywa ostatnio zbyt często wokalnych uniesień w stacjach radiowych.
Julkę zaś naszła w tym czasie ochota na zjedzenie legendarnego, zakupionego w sobotę, kurczaka z rożna. Cóż... na wszystko jest odpowiednie miejsce i czas.
I tak minął wieczór i poranek, i w oparach herbatki malinowej rozpoczął się piąty dzień zjazdu...
Środa, 25 sierpnia
Co bardziej aktywna część klubowiczy (ta która w nocy śpi, a w dzień odbija piłkę) postanowiła w środę o poranku wyruszyć na Hel, zostawiając na miejscu część pasywną (tą która w nocy baluje, a w dzień byczy się na kocach). I tak część aktywna zachwycała się latarniami morskimi, wodą gdzie okiem sięgnąć, i fokami, które KMF-u się widocznie przestraszyły i nie chciały wynurzać się z wody. Szczególnie jednak porywający był bar w którym sprzedawano hamburgery z serem, ale bez mięsa. To traumatyczne przeżycie wpłynie z pewnością na relacje niektórych klubowiczy z otoczeniem w niedalekiej przyszłości. Część pasywna zaś w tym czasie robiła to, co na zjeździe klubu filmowego robić się powinno, czyli oglądała filmy.
 | |
Wieczór zaś upłynął wyjątkowo rozrywkowo i uroczyście. Jedna z Magdalenek - Julka - wchodziła tego dnia w świat napojów wyskokowych i pomroczności jasnej po spożyciu. Osiemnaste urodziny odbyły się oczywiście - tradycyjnie - w domku u Magdalenek. Imprezę zainaugurował "kwadrans z sado-maso", czyli trzaskanie paskiem po tyłku biednej, pełnoletniej Julki. Wszyscy - nawet Dobermann - wykazali się daleko posuniętym miłosierdziem względem wrażliwej przecież części ciała koleżanki. Wszyscy z wyjątkiem współlokatorek z domku - Kariny i Anki. Ten niewieści duet biczował koleżankę tak, jakby trenował machanie pasem od dziewiątego roku życia. I tylko jeden komentarz nasuwa mi się w związku z tym zdarzeniem: "Karinko, idziemy do spowiedzi!" ;) Z wydarzeń tej nocy wspomnę jeszcze tylko o poruszeniu jakie wywołały prowokujące rozcięcia (lub jak kto woli zwyczajne dziury) w tylnej części spodni Kariny, u kolegi Huntera. Moralność Huntera została w tym momencie gwałtownie dotknięta, natomiast Karina czuła się wyraźnie usatysfakcjonowana efektem, jaki wywołały jej rozcięcia ;))
BILANS NOCY:
STRATY:
- szampany produkcji rosyjskiej: 3
- inne napoje: kto by to wszystko liczył ?
- zbite szyby: 1 (Artystyczne Wybijanie Szyb to umiejętność jaką wykazał
- się Phonik wybijając u nas w pokoju dziurę w szybie w kształcie kasy PKS)
ZYSKI:
- nie zanotowano takowych
I tak minął wieczór i poranek (pełen rozmyślań o przemijaniu), dzień piąty...
czwartek, 26 sierpnia
Wczesnym porankiem zjawił się w końcu Grail, który swój przyjazd zapowiadał na wtorek (!). Był on pierwszym odważnym mężczyzną, który zamieszkał w domku Magdalenek i nie uciekł. Reasumując: Grailowi gratulujemy odwagi!
Dzień ciągnął się długo i dosyć niemrawo. Wieczór za to był pełen wrażeń, a rozpoczął się tradycyjnym, klubowym quizem muzycznym przygotowanym jak zwykle przez Alieena i Grubego. Podczas grilla Jimi ustanowił jednogłośnie nazwy drużyn startujących w tej edycji quizu. Poetyckie "Ciekawe kaczuszki" (drużyna Jimiego) miała zmierzyć się z ekhm.... "Kupą piasku". Stawką w tej potyczce był - jak się później okazało - "oryginalny koń trojański z filmu >>Troja<<", który po zakończonym konkursie i tak gdzieś wsiąkł. Oczywiście nazwa "kupa piasku" wywołała lawinę protestów, skarg i zażaleń wśród integralnych składników rzeczonej "kupy". Koncepcja żeby nazwać drużynę dumnie i z honorem ("Kolczaste opuncje" na cześć i chwałę Tercetu Egzotycznego) została storpedowana przez członków "Ciekawych kaczuszek". Na szczęście każda kupa posiada wiele cennych węglowodanów i mikroelementów, które stanowią o jej wewnętrznym bogactwie. W związku z tym "kupa" jako drużyna indywidualistów wygrała quiz muzyczny. Niech będzie to nauczką dla "ciekawych kaczuszek" żeby nie śmiać się z biednych i pokrzywdzonych.
|  |
Drugim punktem wieczoru był urodzinowy tort i uroczysty toast na PIĘCIOLECIE KMF. Chciałbym powiedzieć, że była to okazja do wzruszeń, przemówień i podsumowań, ale skończyło się raczej na okrzykach Jimiego, rozważaniach do kogo należy dmuchana "poduszka Predatora" oraz ogólnym bałaganie. Słowem: było tak jak być powinno. Alleluja!
Gdzieś w okolicach drugiej w nocy zjawił się w Karwi Kelley, który harmonijnie komponował się z otoczeniem. Z resztą o której niby miałby pojawić się prezes frakcji wampirycznej, jak nie o drugiej w nocy? Tymczasem, szanując panującą na terenie ośrodka ciszę nocną, spora część KMF-u wybrała się na nocny "spacer grozy". Aż dziwne, że nikt nie doznał wtedy skręcenia kostki, czy kontuzji kolana, gdyż okoliczne lasy mają strukturę dziur i dołów porównywalną do tej, która znajduje się na słynnych spodniach Kariny. Jedynym czego brakowało na "spacerze grozy" była właśnie tytułowa "groza". Na plaży odbywała się bowiem impreza techno, a zamiast latarni morskich ujrzeliśmy masę bawiących się ludzi. Nie wiedzieć czemu atmosfera przekształciła się ze "strasznej" w "romantyczną", utrzymaną w klimatach "Przeminęło z wiatrem" ;)
Po powrocie do ośrodka nadeszła odpowiednia pora na dyskusję kulturowo-wampiryczną. Towarzystwo zebrane w domku Kariny, na czele z Kelleyem, dokonało intelektualnego rajdu po rzeczywistości. Poczynając od genezy "stypiarskiej atmosfery na zjeździe", poprzez genezę legendy o Draculi, na genezie "Archiwum X" i kolczastych opuncjach skończywszy. Po raz pierwszy na żywo spotkała się także Frakcja Wampiryczna w składzie: ojciec dyrektor Kelley, Dejna oraz Vincent.
W mrokach nocy opuściłem krwistoczerwony domek Magdalenek i dokonałem wspomnieniowej podróży po wydarzeniach wieczoru i poranka - dnia szóstego.
Piątek, 27 sierpnia
Zjazd zbliżał się do końca, Magdalenki w dalszym ciągu nie miały cukru, miały za to puste butelki po szampanie i nowego lokatora - Kelley'a. Nie mogłem także narzekać na brak herbatki malinowej, którą codziennie raczyła mnie Karina lub jedna z jej koleżanek. Natomiast w sąsiednim domku, zdegustowani włosami w surówce "U Bogdana", klubowicze zaczęli żywić się w bardziej wykwintny sposób. Tomashec z Vincentem z każdym dniem mocniej odkrywali smakowe pokłady jarzynowych zupek chińskich i wciągali w to jakże przyjemne uzależnienie kolejnych członków ekipy. Smak zupki chińskiej nad morzem rządzi ! Nie wiedzieć czemu, Shandor, Edyta i Karol dalej jedli zdrowe, wieloskładnikowe śniadania i kolacje. Na następnym zjezdzie trzeba będzie nad nimi jeszcze trochę popracować.
 | |
Mimo istnie barowej pogody bardziej odważna część KMF-u udała się na plażę. Co bardziej zdesperowani poddali się rytualnej kąpieli morskiej, a ci nieco mniej zdesperowani kupili piwo i durnie gapili się na amatorów morskiej kąpieli.
Do ekipy KMF-u dołączyła właśnie wtedy foka Pamela, która za towarzyszkę życia wybrała sobie Dejnę. Foka była częściowo sparaliżowana, doswiadczyła bowiem w młodości zderzenia z kolczastą opuncją i miała pamiątkową dziurę gdzieś poniżej głowy, a powyżej tułowia. Mimo to Dejna darzy i będzie darzyć swoją fokę uczuciami prawdziwie macierzyńskimi, porównywalnymi jedynie do tych jakimi darzyła na początku zjazdu Michałka z Adriankiem, kiedy biegali po terenie ośrodka, bawiąc się w piratów.
Wieczorem Karwię opuścił Phonik, który udał się do Wrocławia swoim ulubionym środkiem transportu - PKS-em. Reszta wieczoru upłynęła na żałobie po Phoniku i rozważaniach dotyczących powrotu. Miejsce na podłodze po koledze z Wrocławia zajął jednak Crash i w dalszym ciągu wyjście z domku do toalety w środku nocy graniczyło z cudem.
W atmosferze wszechobecnej stypy minął wieczór i poranek - dzień szósty.
Sobota, 28 sierpnia - dzień wyjazdów
Magdalenki płakały, płakała Pamela, która dostała do towarzystwa maskotkę mrówkojada, płakało niebo (a przynajmniej płakać powinno), płakał Michałek z Adriankiem, a ich matka darła się na cały ośrodek... W tej jakże poetyckiej atmosferze przyszło nam opuszczać Karwię, Bałtyk i kolejki do toalety. Zjazd dobiegł końca...
Był to niezwykły, wakacyjny tydzień pełen świetnej zabawy, długich nocy, wypadów na plażę, zaciekłych dyskusji i fermentu umysłowego. I żadna relacja nie odda wspaniałej atmosfery tego spotkania. Spotkania ludzi lekko zakręconych, ale zakręconych niezwykle pozytywnie.
Do zobaczenia w listopadzie !
P.S. Zjazd jednak nie na każdego działa tak do końca dobrze. Magdalenki ponoć widziały kosmitów na peronie w Gdyni przed wejściem do pociągu. W Warszawie trafiłyby już na
Kolską... ;))
P.S. 2 W domu zdałem sobie sprawę, że właśnie minął wieczór i poranek - dzień siódmy... ;)
Autor relacji: Jacek Kozłowski - SENK
[KONTAKT]