To miał być występ z kategorii "późnych debiutów" :) W Klubie jestem od ponad półtora roku, przez ten czas odbyło się już kilka zjazdów, na które nigdy nie mogłem dotrzeć. Nareszcie się udało - wyjazd do Karwii na kolejne klubowe spotkanie zaplanowałem sobie już na początku maja i tym razem wszystko wypaliło. Moje zachwyty nad tym, jak było, znajdziecie poniżej :)
Dzień 1 (sobota 21.08)
|  |
Godzina siódma z minutami - spotykamy się, tzn. ja i pani mojego serca - Edyta oraz Deina, Vince Vega i Senk, na Dworcu Centralnym. Strategicznie założyłem klubową koszulkę i odpowiednio wyeksponowałem literki "KMF" na klacie ;), żeby łatwiej odnaleźć się z Deiną i jej podopiecznymi, Senkiem i Vincem (zainteresowanych przpraszam za to sformułowanie, ale nie mogłem się powstrzymać ;)) Udało się, krótka wzajemna prezentacja i hop do pociągu. Podróż trwała pięć godzin z górką i zleciała szybko, we Władysławowie przerzucamy się na PKS i po jakiś trzydziestu minutach jesteśmy już w Karwii. Plecaki na grzbiety i szukamy ośrodka. Miejscowość jest niewielka, więc niebawem stajemy przed bramą przy Wojska Polskiego 57. Część ludzi już jest na miejscu. Poznaję Grubego, Mię, Dobków, Agnieszkę, Kamilę. Gruby rzuca władczo (takie odniosłem wtedy wrażenie ;) "Mamy dwa domki plus pół tamtego. W tym są wolne miejsca w obu częściach". Spoko. We frontowej części domku ukrywają się ;) Crash i Phonik. Znów krótka prezentacja, po czym lokujemy się z Edytą na piętrze. Jesteśmy już zupełnie happy, ale kiszki zaczynają nam grać marsza - sporą ekipą decydujemy się rozpoznać jakąś knajpę i wrzucić co nieco na ruszt. Uderzamy do sporego lokalu, gdzie mieści się pizzeria, smażalnia ryb i naleśnikarnia. Dla każdego coś miłego. Stawiamy piwka na stole, wjeżdża jedzenie i zaczyna się rozmowa, która tak naprawdę będzie dla mnie trwała przez najbliższy tydzień. Oczywiście o filmach, ale też o studiach, gdzie kto mieszka, czego słucha, jaki browar lubi - niby rozmowa o sprawach neutralnych, ale co i rusz przetykana żartami, naturalna, ani na moment nie cichnąca. Powiem to absolutnie szczerze - w ogóle nie miałem wrażenia, że rozmawiam z ludźmi, których dopiero co poznałem. Co więcej, nie miałem tego wrażenia ani przez chwilę w ciągu nadchodzącego tygodnia.
Właściwy pobyt (wieczór i noc 21.08 - noc 27.08)
Właściwy pobyt zaczął się dla mnie od wyraźnej cezury - tzn. super długiej i zaciętej dyskusji na temat bohaterstwa, która toczyła się pierwszego wieczoru wokół "Pianisty". Cóż to była za dysputa! Suto zakrapiana alkoholem, zażarta, trwała do późnych godzin nocnych i chyba wszyscy dyskutanci będą ją jeszcze długo pamiętać. Żart mieszał się z powagą, przekrzykiwanie się ustępowało miejsca wzajemnemu uspokajaniu :) Od tego momentu zaczął się dla mnie właściwy zjazd, wtedy poczułem, że na pewno nie zabraknie nam wspólnych tematów do rozmów :)
Kolejne dni wyglądały podobnie - późne (bardzo, bardzo późne ;) pobudki, śniadanka, na których nasz domek powoli dochodził do siebie, potem gry w rozmaite zagadki filmowe i spóźnione wyjście na plażę, gdzie czekał ciąg dalszy zagadek filmowych ;), siatkówka i morze, które zimne było tylko pozornie ;) A wieczorem, wiadomo, rozmów przy wszelakich trunkach ciąg dalszy, no i gra w mafię, która wyglądała właściwie jak przedłużenie naszych wspólnych dyskusji.
Tę codzienną rutynę, trzeba nadmienić - niezwykle przyjemną, przerywały jednakowoż rozmaite znaczące wydarzenia. Po pierwsze - przyjazdy kolejnych członków Klubu. W niedzielę wieczorem dobijają Hunter, Alieen oraz Viki wraz z szacownym prezesem i znajomymi, jak się miało niebawem okazać - bardzo sympatycznymi. Potem, już w okoliacach czwartku, dojechał Grail, na końcu zaś Kelley.
Po drugie - quizy. Najpierw był quiz Deiny poświecony historii Klubu. Co tu dużo kryć, nie znałem odpowiedzi na większość z pytań :) Następnym razem chyba solidnie się przygotuję, bo Deina wysoko postawiła poprzeczkę i utrzymywała napięcie niczym Kazimiera Szczuka i Kazimierz Kaczor razem wzięci :) Potem quiz muzyczny Grubego i Alieena. Dla zjazdowych wyjadaczy nie było to pewnie nic nowego, choć wszyscy bawili się świetnie, ale dla mnie było to odkrycie. Najpierw usłyszałem, że materiału ma być dwa razy więcej niż zwykle - 230 utworów, o ile dobrze pamiętam. Wysłuchać fragmentów tylu ścieżek i nie być znudzonym? Nie, niemożliwe. Otóż możliwe! Napięcie nie siadło ani na minutę, choć robiliśmy sobie szereg przerw. Różnorodność motywów i piosenek była ogromna, świetnie było przypomnieć sobie niektóre z nich, a inne dopiero odkryć. Tak, uczestnictwo w podobnym quizie to świetna okazja, żeby odkryć na nowo muzykę z niektórych filmów, które się oglądało, a ilustracja muzyczna jakoś umknęła uwadze podczas seansu... Po trzecie wreszcie - wycieczki. Jedną zrobiliśmy sami z Edytą - i był to marsz plażą do Jastrzębiej Góry, niezwykle przyjemny i zwieńczony degustacją pysznych wędzonych ryb w jednej z knajpek w Jastrzębiej. Na drugą wybraliśmy się dużą grupą, w kilka samochodów. Punkt docelowy - Hel. Cóż to była za wyprawa! Najpierw awaria samochodu Jimiego i przymusowa przerwa, podczas której Dobek robił popisy na szosie ;) a my z niepokojem przypatrywaliśmy się próbom reanimacji zepsutego wozu. Próby na szęście zakończyły się powodzeniem.
 | |
To nie był jednak koniec mocnych wrażeń - gdy dotarliśmy na Hel czekały nas poszukiwania latarni morskiej, która ostatecznie cudownie się odnalazła, ale tylko sześć osób (w tym Edyta i ja) miało ochotę się na nią wspiąć. A szkoda, bo widok był naprawdę wart zachodu. Po zejściu z latarni trzeba było dogonić resztę grupy, która ruszyła w kierunku fokarium. I tu największy odpał wyprawy! Nie wiem, kto rzucił ten pomysł (chyba Dux :), żeby jechać wycieczkowym melexem. Chwilę później mknęliśmy już przez środek miasta, obcinani na poły sceptycznymi, na poły ciekawymi spojrzeniami spacerowiczów, drąc się w niebogłosy i generalnie przyciągając powszechną uwagę :) No cóż, kierowca proponował, że pojedzie do fokarium przez port, ale my uparliśmy się jechać przez Centrum :)
Potem wizyta w fokarium, gdzie niektórzy odkryli żyłkę fotografów fauny, tropiąc z różnym powodzeniem wypływające na powierzchnię (albo i nie :) foki. Na szczęście podczas powrotu do Karwii obyło się bez przykrych niespodzianek. No, prawie, gdyż w pewnym momencie okazało się, że tłumik wozu Jimiego niebezpiecznie trze o nawierzchnię i w każdej chwili możemy go zgubić. Tym niemniej Jimi zachował zimną krew i dowiózł nas do Karwii super sprawnie, za co nisko chylę przed nim czoła :)
Jeszcze jedna ważna uwaga - pobyt nie byłby zapewne taki sam, gdyby nie dwa krótkie filmiki, w których jakaś grupa jajcarzy podłożyła własne dialogi pod odcinki "07 zgłoś się" oraz "Misia uszatka". Dialogi, trzeba dodać, wyjątkowo wulgarne, miejscami dość nieporadnie podane, ale oglądając tak absurdalne rzeczy w takim towarzystwie nie można nie łyknąć niektórych tekstów... No i łyknęliśmy wszyscy :) Dialogi z tych filmików towarzyszyły nam stale przez
cały tydzień i, przyznam szczerze, do dziś nie mogę się od niektórych uwolnić :)
Dzień ostatni - wyjazd (sobota 28.08)
W ostatnią sobotę sierpnia wcale nie chciało nam się jeszcze wyjeżdżać z Karwii. Ech, posiedziało by się jeszcze nad morzem w tak miłym towarzystwie... Udam zatem, że wyjazdu wcale nie było i w ogóle o nim nie napiszę ;P
Autor relacji: Paweł Marczewski - SHANDOR
[KONTAKT]