Biały okrąg przesuwa się po ekranie z lewej strony na prawą, zostawiając po sobie znikające ślady. Strzelec szuka celu. Wreszcie znajduje kandydata do odstrzału. Punkt widzenia okazuje się malowniczo gwintowanym wnętrzem lufy karabinu. Człowiek na muszce nagle odwraca się w stronę zamachowca i oddaje strzał. Ekran zalewa się czerwienią, lufa zaczyna się kołysać, biały okrąg na końcu rozszerza się na cały ekran, odsłaniając pierwsze ujęcie prologu kolejnego filmu z Jamesem Bondem.

Po efektownej przedakcji następuje coś, co odróżnia bondy od wszystkich filmowych serii świata i każdego ekranowego produktu kinematograficznego. Narracyjnie to nic takiego, bowiem daleko bondowskim czołówkom do integracji z akcją filmu, jak na przykład w fenomenalnym prologu "Lord of War", gdzie widz obserwuje drogę pocisku od fabryki do głowy afrykańskiego dzieciaka. Efektowne czołówki filmów z Bondem to raczej zmysłowe uwertury, stylowe błyskotki pełne sylwetek nagich kobiet bawiących się bronią palną wśród charakterystycznych dla tematyki dzieła leitmotivów wizualnych, przelewających się przez ekran w rytm piosenek skrojonych pod aktualne trendy muzyczne.


Filmy o agencie 007 to juz kawał historii kina. Od czasu "Dr No" z 1962 roku poważni krytycy już dawno zdążyli przegonić serię z panteonu tzw. wielkiego kina, ale widzowie i twórcy wiedzieli swoje. Pomimo wyzutych z prawdopodobieństwa fabuł, bajkowej wersji współczesnego agenta, wyrywającego panienki na całym świecie, pomimo sukcesywnych zmian aktorów na młodszych, komiksowo skrojonych superłotrów, fantazyjnych gadżetów, wreszcie pomimo radośnie łamanej chronologii i progresji wydarzeń (w "Casino Royale" Bond jest młodszy niż kiedykolwiek wcześniej, ale "M" wciąż ta sama), licząca ponad 20 filmów seria wciąż ma się dobrze, a reżyserzy i producenci co kilka lat z powodzeniem odświeżają formułę, dopasowując ją do aktualnych trendów kina sensacyjnego.

Lecz kilka elementów bondów pozostaje niezmiennych (choć "Casino Royale" paradoksalnie udowodniło, że bond zrobiony na przekór wielu składnikom konwencji pozostaje bondem, i to być może najlepszym z całej serii). Egzotyczne plenery, piękne kobiety, błyskotliwe dialogi, malowniczy przeciwnicy, flirtowanie z Moneypenny, gadżety Q, rozkazy M, sekwencje akcji, tajna baza głównego łajdaka i łóżkowe zakończenia w stylu "Oh, James..." - oglądając kilka bondów pod rząd, można zwariować. I to wcale nie z nadmiaru atrakcji, tylko z kompletnego pomieszania; każdy bond jest skrojony właściwie wg tego samego żelaznego schematu, a nieszczęsny widz-twardziel, po założeniu się z kolegami, że obejrzy wszystkie bondy w kilka dni, pod koniec maratonu zacznie się zastanawiać, czy 007 wrzucił do komina Blofelda, czy może generała Gogola z którym przegrał w karty w kasynie na Islandii, broniąc Ursulę Andress przed zakusami Christophera Walkena, wyglądającego jak Grace Jones po kuracji genowej.


Żarty na bok. Szacowna seria, zrealizowana z brytyjską elegancją, posiada jeszcze swe czołówki, jedyne w swoim rodzaju miniaturowe dzieła, nad którymi warto się pochylić w oczekiwaniu na właściwą akcję. To już unikat na skalę światową, a tradycja zobowiązuje. W jej bowiem ramach czołówki bondowskie przez niemal 50 lat pozostały czymś stałym, niezmiennym i pielęgnowanym niezależnie od tego, który aktor ma swoje pięć minut jako agent Jej Królewskiej Mości. Co w nich jest takiego zadziwiającego? Właśnie tradycja, objawiająca się na przykład w doborze funkcji w napisach. W latach 60. i 70. sytuacja była prosta i naturalna - do czołówek ładowało się nazwiska i funkcje także tych mniej reprezentatywnych członków ekipy, lista płac była wyświetlana na początku filmu, zaś po ostatniej scenie przeważnie ukazywał się tylko napis "The End". Nieliczne wyjątki, np. "Obywatel Kane", "2001: Odyseja kosmiczna" czy "Egzorcysta", prezentowały listę płac na końcu, zostawiając prolog tylko dla nazwy wytwórni i tytułu. Przełomem były dopiero "Gwiezdne wojny" (1977). Odtąd twórcy rezerwowali czołówki tylko dla najważniejszych nazwisk (aktorzy, zdjęcia, montaż, scenografia, kostiumy, efekty, produkcja, scenariusz, reżyseria), albo umieszczali wszystko na napisach końcowych, które po latach rozrosły się do nawet kilkunastominutowych prezentacji, podczas których widzowie gremialnie opuszczali sale kinowe. Nieliczni twórcy (Jackie Chan, Pixar) znajdowali patenty na prezentację napisów na dodatkowych scenach czy na montażu nieudanych ujęć.


A na bondach wciąż to samo. Daleko idące zmiany w konstrukcji dzieła filmowego, skłonności do kondensacji i integracji, jakoś omijają czołówki bondowskie szerokim łukiem. Tutaj wciąż, obok najważniejszych nazwisk, można przeczytać funkcje financial controller, sound mixer, main title designer, itp, które w rękach kogokolwiek innego już dawno zginęłyby w tłumie funkcji wyświetlanych na napisach końcowych. No bo w końcu "kogo obchodzi nazwisko szwenkiera, dźwiękowca, pirotechnika czy księgowego na planie bonda?". A twórców kolejnych odsłon przygód agenta 007 jakoś obchodzi. Złośliwy mógłby z przekąsem stwierdzić, że ta chmara ludzi jest potrzebna tylko do ilustracji piosenki w czołówce, ale byłoby to nadużycie. Tradycja przede wszystkim, broniona przez dwa pokolenia producentów, co samo w sobie jest ewenementem w dobie przechodzenia wytwórni filmowych z jednej korporacji do drugiej i kupczenia prawami autorskimi na lewo i prawo.

Pierwszymi producentami bondów byli Harry Saltzman i Albert R. "Cubby" Broccoli, czyli słynne EON Productions. Kiedy Saltzman sprzedał swe udziały dystrybutorowi serii, wytwórni United Artists, Broccoli w połowie lat 70. wziął na pokład swego przybranego syna, Michaela Wilsona, który dodatkowo regularnie grywał epizodyczne rólki w kolejnych filmach. Po śmierci Broccoliego w 1996 roku, interesy EON przejęli wspólnie Michael Wilson i Barbara Broccoli, córka Alberta. Zmarły senior rodu jest honorowany przedłużoną nazwą firmy "Albert R. Broccoli's EON Productions" na początku każdego kolejnego bonda. Co ciekawe, EON, oprócz filmu "Call me Bwana" z 1963 roku, ma na swoim producenckim koncie wyłącznie filmy z Bondem. Cóż, wobec takiego monolitu w prawdziwym życiu nie ma co się dziwić, że przez pięć dekad seria o agencie 007 wciąż trzyma się wielu ustalonych ścieżek. A w obliczu wyraźnego przerabiania Bonda na modłę ostatnich ekranizacji wyczynów Jasona Bourne'a trzeba przyznać, że czołówki bondowskie trzymają się naprawdę nieźle.

Harry Saltzman
Albert R. Broccoli
Barbara Broccoli
Michael G. Wilson

Najważniejszym człowiekiem czołówek bondowskich był Brytyjczyk Maurice Binder. Jako 37-letni projektant, do "Dr No" stworzył słynny wizerunek Bonda widocznego u wylotu lufy (gun barrel sequence). Binder był również autorem wszystkich fantazyjnych czołówek, aż do ostatniego filmu z Timothym Daltonem. Wyjątkami były czołówki "Pozdrowień z Rosji" i "Goldfingera", wymyślone przez Roberta Brownjohna (z wmontowanymi Binderowskimi lufami zresztą). Schedę po zmarłym w 1991 roku projektancie przejął Anglik Daniel Kleinman, twórca reklamówek i wideoklipów dla Madonny, ZZ Top, Fleetwood Mac, Prince'a i Pauli Abdul. Jego przepustką do prestiżowego zajęcia był teledysk do bondowskiej piosenki Gladys Knight "Licence to kill". Kleinman odświeżył formułę, odsyłając do lamusa staroświeckie, tworzone analogowo kolaże Bindera. Korzystając ze zdobyczy techniki cyfrowej, z szacunkiem dla poprzedników, artysta stworzył dzieła imponujące plastyką i dynamiką, na miarę ultranowoczesnego kina akcji z Pierce'em Brosnanem.

Ostatnim dziełem Kleinmana była wspaniała, choć nietypowa czołówka do "Casino Royale", w której zrezygnował z tradycyjnych kobiecych kształtów wijących się po ekranie, na rzecz stylizowanej męskiej walki wśród karcianej ikonografii. Po raz pierwszy zabrakło też tradycyjnych białych kropek rozpoczynających seans, a widok z lufy po mistrzowsku powiązano z akcją. I choć ta czołówka doskonale korespondowała z konsekwentnym restartem serii, producenci woleli coś bardziej tradycyjnego. Dlatego do "Quantum of Solace" czołówkę stworzyła firma MK12, posługując się kanoniczną ikonografią bondowską.

Maurice Binder
Daniel Kleinman
Ben Radatz i Tim Fisher z MK12

Poniżej szybki przegląd wszystkich odtwórców roli Bonda przez lufę ich czołówkowych przeciwników (brak pierwszego "lufowego" Bonda, granego przez kaskadera Boba Simmonsa, którego widzieliśmy w prologach pierwszych trzech filmów). Jak widać, producenci serii dbali, by każdy aktor strzelał w swojej charakterystycznej pozie. Najgorzej wypadł nieszczęsny George Lazenby, który, nie dość, że nosił na głowie fikuśny kapelutek, to jeszcze musiał uklęknąć na prawe kolano by załatwić wroga. Na szczęście zrobił to tylko raz. Dwa razy swoje wejścia nagrywali Roger Moore (zmiana formatu rejestracji z 1,85:1 na 2,35:1) i Daniel Craig (za pierwszym razem widok w lufie był częścią akcji).


A teraz przejdźmy już do szczegółowego, filmowego przedstawienia czołówek do wszystkich oficjalnych filmów o Jamesie Bondzie. Nie uwzględniono tutaj filmów, których producentem nie było EON Productions, czyli telewizyjnej ekranizacji "Casino Royale" z 1954 roku, parodii "Casino Royale" z 1967 roku oraz "Nigdy nie mów nigdy więcej", remake'u "Ognistego pioruna" z 1983 roku z Seanem Connerym.


Dr No
1962


reżyseria - Terence Young
James Bond - Sean Connery
gun barrel sequence - Maurice Binder
Bond w gun barrel sequence - Bob Simmons
czołówka - Maurice Binder


UTWÓR INSTRUMENTALNY
Monty Norman - "James Bond Theme"





Dziwne dźwięki na początku, brak wstępnej sekwencji akcji, balet kolorowych kropek i kształty trzech muzykalnych tetryków na ekranie. Pierwsza czołówka nie powalała błyskotliwością, raczej wyziera z niej brak pomysłów na dobrnięcie do końca czasu ekranowego po tym, kiedy lufa zalała się krwią i przestał grać temat Monty Normana. Ale takie były początki i szukanie koncepcji. Tak czy inaczej wzór został ustanowiony, zaś ruchy tancerek uległy w kolejnych odsłonach pożądanemu zwolnieniu. Z ciekawostek - kropka na początku na chwilę się zatrzymała, by przedstawić duet producentów, a z Bonda widać tylko sylwetkę, by ukryć twarz kaskadera Boba Simmonsa.


Pozdrowienia z Rosji
1963


reżyseria - Terence Young
James Bond - Sean Connery
gun barrel sequence - Maurice Binder
Bond w gun barrel sequence - Bob Simmons
czołówka - Robert Brownjohn


UTWÓR INSTRUMENTALNY
Lionel Bart - "From Russia with love"





Tu mamy już czołówkę w swym kanonicznym kształcie. Po prologu z gun barrel sequence na ekranie zagościła efektowna przedakcja, po której Robert Brownjohn zaserwował nam modelki, na których ciałach wyświetlane były napisy początkowe.


Goldfinger
1964


reżyseria - Guy Hamilton
James Bond - Sean Connery
gun barrel sequence - Maurice Binder
Bond w gun barrel sequence - Bob Simmons
czołówka - Robert Brownjohn


UTWÓR
Shirley Bassey - "Goldfinger"





Robert Brownjohn powtórzył patent z wyświetlaniem obrazu na ciałach modelek (adekwatnie ubranych i pomalowanych na złoto), tym razem jednak użył ujęć z dwóch poprzednich filmów. Dzięki temu czołówka "Goldfingera" po raz pierwszy pokazała twarz Jamesa Bonda. Także po raz pierwszy czołówka rozbrzmiewała tytułową piosenką, pierwszą z trzech zaśpiewanych do bondów przez Shirley Bassey. Gun barrel sequence znów pożyczono z "Dr No".


Operacja Piorun
1965


reżyseria - Terence Young
James Bond - Sean Connery
czołówka - Maurice Binder


UTWÓR
Tom Jones - "Thunderball"





Rosły budżety, widowiskowość, rozpoznawalność i przebojowość serii, słowem awans bondów do sekcji blockbusterów został dokonany. W ślad za tym poszła zmiana formatu obrazu na pełną panoramę 2,35:1, dzięki czemu gun barrel sequence musiała zostać nakręcona na nowo, tym razem już z Seanem Connerym, którego nazwisko po raz pierwszy pojawia się w gwiazdorskim stylu, czyli przed tytułem filmu. Do czołówek powrócił Maurice Binder i jego ulubione zabawy obrazem na kopiarce optycznej. Tym razem Binder nakręcił postaci w basenie, a następnie pokolorował całość na jaskrawe barwy. Tytułową piosenkę zaśpiewał Tom Jones.


Żyje się tylko dwa razy
1967


reżyseria - Lewis Gilbert
James Bond - Sean Connery
czołówka - Maurice Binder


UTWÓR
Nancy Sinatra - "You only live twice"





W czołówce do "Żyje się tylko dwa razy" Maurice Binder stylowo połączył zawartość czynnych wulkanów, skośnookie modelki i ażurowe grafiki japońskich wachlarzy. Wszystko w rytm skomponowanej przez Johna Barry'ego tytułowej piosenki, śpiewanej przez Nancy Sinatrę.


W tajnej służbie
Jej Królewskiej Mości

1969


reżyseria - Peter Hunt
James Bond - George Lazenby
czołówka - Maurice Binder


UTWÓR INSTRUMENTALNY
John Barry - "On Her Majesty's Secret Service"





Odszedł Connery i pojawił się australijski model George Lazenby w filmie Petera Hunta, dotychczasowego montażysty bondów. Maurice Binder pozbierał pomysły z poprzednich czołówek i dołożył kilka nowych - biała kropka na początku na chwilę zatrzymuje się jak w "Dr No", rysunkowa krew na wnętrzu lufy wymazuje obraz Bonda, zaś na maskę klepsydry nałożono zdjęcia z poprzednich filmów, niczym w czołówce "Goldfingera". Choć napisy informują o dwóch użytych w filmie piosenkach, czołówka rozbrzmiewa wyłącznie tematem instrumentalnym Johna Barry'ego. Nazwisko Lazenby'ego, w przeciwieństwie do Connery'ego, pojawiło się dopiero po tytule filmu. Wśród listy płac widać nazwisko montażysty Johna Glena, który później wyreżyserował rekordową liczbę pięciu bondów z Moore'em i Daltonem.


Diamenty są wieczne
1971


reżyseria - Guy Hamilton
James Bond - Sean Connery
czołówka - Maurice Binder


UTWÓR
Shirley Bassey - "Diamonds are forever"





Odszedł Lazenby, powrócił Connery, by za ciężką kasę jeszcze raz zagrać Bonda. Czołówka Bindera tym razem nie wyróżniała się niczym szczególnym (może poza udziałem kota, czyli debiutem zwierzęcia w bondowskiej czołówce), powielając sprawdzone schematy kobiecych kształtów owiniętych wokół gadżetów filmu, w tym przypadku diamentów. Tytułową piosenkę zaśpiewała po raz drugi Shirley Bassey.


Żyj i pozwól umrzeć
1973


reżyseria - Guy Hamilton
James Bond - Roger Moore
czołówka - Maurice Binder


UTWÓR
Paul McCartney & Wings - "Live and let die"





Pierwszy bond z Rogerem Moore'em miał od razu mocne wejście za sprawą na poły dynamicznej, tytułowej piosenki małżeństwa McCartneyów. Tym tropem podążył Binder, komponując kadry z pełnych ognia zdjęć czaszek, pląsających rąk, wyginających się czarnych kształtów tancerek i wytrzeszczonych oczu pewnej mieszkanki Karaibów. Format obrazu powrócił do 1,85:1.


Człowiek ze złotym pistoletem
1974


reżyseria - Guy Hamilton
James Bond - Roger Moore
czołówka - Maurice Binder


UTWÓR
Lulu - "The Man with the golden gun"





Christopher Lee miał złoty pistolet, zaś Maurice Binder złoty patent na czołówki. Problem w tym, że Binder zbyt często się powtarzał. A może po prostu tylko wykonywał zlecenie dla twórców, którzy lubili raz sprawdzone rozwiązania, bo z nich stworzyli cały cykl... Tym razem mamy modelki wśród snopów iskier i jako odbicia w wodzie. Gdyby nie pocieszna, przebojowa piosenka tytułowa, ta czołówka byłaby nudna jak flaki z olejem.


Szpieg który mnie kochał
1977


reżyseria - Lewis Gilbert
James Bond - Roger Moore
czołówka - Maurice Binder


UTWÓR
Carly Simon - "Nobody does it better"





W tym bondzie znów zmieniono format rejestracji na 2,35:1, więc Roger Moore po raz drugi nagrał gun barrel sequence, tym razem trzymając swego walthera PPK oburącz podczas strzału wprost w widownię. Zaś po raz pierwszy wystąpił także w ujęciach, kręconych wyłącznie na potrzeby czołówki. Również po raz pierwszy tytuł piosenki nie zgadzał się z tytułem filmu, który zresztą pada w słowach śpiewanych przez późniejszą zdobywczynię Oscara, Carly Simon. Maurice Binder podwyższył loty, oferując znane motywy tańczących i biegających cieni w o niebo lepszej stylizacji i poziomie technicznym, niż miało to miejsce przy poprzednim filmie. Minusem była aranżacyjnie biedna wersja bondowskiego tematu muzycznego, odstająca od potężnych orkiestracji poprzedników.


Moonraker
1979


reżyseria - Lewis Gilbert
James Bond - Roger Moore
czołówka - Maurice Binder


UTWÓR
Shirley Bassey - "Moonraker"





Z tej czołówki byłby z pewnością zadowolony Pennywise z horroru "To", ponieważ wszystko tam lata, niczym jego baloniki, które obiecywał zabijanym przez siebie dzieciom. Maurice Binder znów odrobił typową dla siebie pracę domową, tym razem ze skaczącymi sylwetkami na zasnutym dymem tle, co miało wprowadzać w klimat kosmicznej podróży Bonda na stację orbitalną Hugo Draxa. Tytułową piosenkę po raz trzeci i ostatni wykonała niezawodna Shirley Bassey.


Tylko dla twoich oczu
1981


reżyseria - John Glen
James Bond - Roger Moore
czołówka - Maurice Binder


UTWÓR
Sheena Easton - "For your eyes only"





Na samym początku zwraca uwagę brak płynnego rozszerzenia maski z okręgu do pełnego kadru. W tej czołówce po raz pierwszy (i, jak na razie, ostatni) zagrała wykonawczyni utworu tytułowego, w tym przypadku piękna Sheena Easton, dzięki czemu czołówka do "Tylko dla twoich oczu" przypomina bardziej teledysk wyposażony w filmowe napisy. Roger Moore ponownie pojawił się wśród tańczących kształtów. Całość ogląda się dość przyjemnie, choć lepsza od obrazu jest piosenka skomponowana przez Billa Contiego, po raz pierwszy brzmiąca jak najbardziej współcześnie, w odróżnieniu od oldskulowych szlagierów z poprzednich bondów. Krótko mówiąc - słychać tu nadejście lat 80.


Ośmiorniczka
1983


reżyseria - John Glen
James Bond - Roger Moore
czołówka - Maurice Binder


UTWÓR
Rita Coolidge - "All time high"





Na początku czołówki Binder powtórzył motyw z dłońmi ze "Szpiega który mnie kochał", zamykającymi ostatnie ujecie prologu. Do swoich tradycyjnych zabaw z tańczącymi sylwetkami, słynny autor dorzucił po raz pierwszy światło lasera, rysujące obraz tytułowej ośmiorniczki, znak OO7 i efekciarskie smugi wkomponowane w żywą akcję. Utwór tytułowy po raz drugi nie zgadza się z tytułem filmu, do czego producenci bondów powrócili dopiero w erze Daniela Craiga.


Zabójczy widok
1985


reżyseria - John Glen
James Bond - Roger Moore
czołówka - Maurice Binder


UTWÓR
Duran Duran - "A view to a kill"





Ostatni bond z Rogerem Moore'em rozpoczął się jedną z najsłabszych czołówek Maurice'a Bindera. W takim samym obciachowym stylu połowy lat 80. brzmi tytułowa piosenka Duran Duran, ale akurat jej przebojowość przetrwała próbę czasu, ratując nieco obraz pod który została napisana. Albert Broccoli dał brytyjskiej grupie okazję do napisania swego największego hitu, z którego ekipa Simona LeBona jest pamiętana do dziś. I chyba tylko z niego.


W obliczu śmierci
1987


reżyseria - John Glen
James Bond - Timothy Dalton
czołówka - Maurice Binder


UTWÓR
A-ha - "The living daylights"





Debiut Timothy Daltona w roli Bonda dawał nadzieję na odświeżenie formuły czołówek. Ale Maurice Binder znów poszedł wszystkimi wydeptanymi przez siebie ścieżkami, kompilując jeszcze jeden nudny zestaw z tych samych klocków, co gorsza podanych w wyjątkowo smętnej palecie barw. Czołówki do "The living daylights" nie uratowała nawet niezła piosenka tytułowa legendarnej grupy a-ha. Ciekawostka - jedyny raz w historii bondów nazwę wykonawcy piosenki podano w formie oryginalnego logo.


Licencja na zabijanie
1989


reżyseria - John Glen
James Bond - Timothy Dalton
czołówka - Maurice Binder


UTWÓR
Gladys Knight - "Licence to kill"





Tu mamy nieco lepiej, niż w poprzedniej czołówce, choć ostatnia praca Maurice'a Bindera bezlitośnie obnażała staroświeckość zastygłej formuły bondów, nie dotrzymujących kroku nowej, ożywczej fali kina sensacyjnego spod znaku Joela Silvera i spółki Bruckheimer - Simpson. W czołowce "Licencji na zabijanie" pojawił się Timothy Dalton, ale nie miało to żadnego znaczenia dla znanego od dekad ciągu tych samych obrazków. Jedynym jasnym punktem była wspaniała piosenka tytułowa w wykonaniu Gladys Knight, skrojona w nowej aranżacji wg najlepszych wzorców z lat poprzednich (wyraźnie słychać muzyczny cytat z piosenki Shirley Bassey z "Goldfingera"). Wyjątkowo dziwnym trafem czołówka nie zawiera żadnej tekstowej informacji o piosence.


GoldenEye
1995


reżyseria - Martin Campbell
James Bond - Pierce Brosnan
czołówka - Daniel Kleinman


UTWÓR
Tina Turner - "GoldenEye"





Na to czekali wszyscy fani serii. Niby to samo, wciąż ta sama radosna bajka o superagencie, który się kulom nie kłaniał, ale sześć lat przerwy, potrzebne producentom do zaktualizowania formuły, przyniosło żądany skutek. Nową jakość widać od razu w olśniewającej czołówce Daniela Kleinmana, nowego człowieka na pokładzie, godnego następcy zmarłego w 1991 roku Maurice'a Bindera. Po pierwsze - obraz. Muzealne, latające maski Bindera wreszcie zastąpione zostały cyfrową animacją i kompozycją. Kadr skrzy się nasyconymi barwami, a tytuł wyróżnia się efektowną czcionką. Nawet tradycyjne, wdzięczące się do kamery modelki pośród upadających symboli komunizmu wyglądają jakby pojawiły się w czołówce bonda po raz pierwszy. Po drugie - piosenka. Bono i The Edge z U2 napisali jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy, kwestia gustu) utworów w całej historii bondów, błyskotliwie wplatając w zwrotki nuty z tematu Monty Normana. A przebojowe wykonanie Tiny Turner to klasa sama dla siebie. Zwraca uwagę nietypowa, klawiszowo-bębnowo-plastikowa aranżacja tematu bondowskiego z gun barrel sequence. To jeden z niewielu śladów, jakie na bondach odcisnął Eric Serra, którego score do "GoldenEye" był tak odmienny od wszystkiego, do czego przez lata przyzwyczajali nas John Barry i Bill Conti, że twórcy musieli ratować się dodatkową muzyką Johna Altmana. Kolejne bondy kanonicznymi nutami opatrzył David Arnold. Serra, który wówczas rzadko komponował dla kogoś, kto nie nazywał się Luc Besson, na pytanie "dlaczego zdecydował się napisać muzykę do 'GoldenEye'?", odpowiedział, że "Bondowi się nie odmawia". Tyż prowda.


Jutro nie umiera nigdy
1997


reżyseria - Roger Spottiswoode
James Bond - Pierce Brosnan
czołówka - Daniel Kleinman


UTWÓR
Sheryl Crow - "Tomorrow never dies"





Drugi bond z Brosnanem i druga, jeszcze lepsza czołówka Daniela Kleinmana. "Prześwietlone" wnętrza broni, kobiece kształty w pociskach i kule przebijające ekrany LCD, prowadzące wizualnie do supertechnologii informatycznych. Dwa światy, Bonda i Carvera, zostały po mistrzowsku złączone w jednej, urzekającej miniaturze filmowej. A nad tym wszystkim błąka się wyjątkowo słaba piosenka, bardziej wystękana, niż zaśpiewana przez Sheryl Crow.


Świat to za mało
1999


reżyseria - Michael Apted
James Bond - Pierce Brosnan
czołówka - Daniel Kleinman


UTWÓR
Garbage - "The world is not enough"





Ta czołówka z kolei jest najbliższa uniwersalnej prawdzie życiowej, ponieważ zawiera dwa elementy, skutecznie napędzające wszelki ruch na tym łez padole - kobiety i ropę naftową. Wizualny majstersztyk Daniela Kleinmana zilustrowano kapitalną piosenką tytułową zespołu Garbage, utrzymaną w duchu starych bondów.


Śmierć nadejdzie jutro
2002


reżyseria - Lee Tamahori
James Bond - Pierce Brosnan
czołówka - Daniel Kleinman


UTWÓR
Madonna - "Die another day"





Jubileuszowy, 20. bond był po brzegi wyładowany odniesieniami do całego cyklu. Natomiast Kleinman postarał się, aby ta czołówka wyróżniała się na tle poprzednich. Już w gun barrel sequence mamy drobny dodatek, czyli pocisk lecący w stronę ekranu (wykorzystany zresztą w innym miejscu już w "GoldenEye"). Po raz pierwszy czołówka bonda przestała być li tylko efektownym dodatkiem do filmu i przejęła mały fragment narracji, ukazując w całej serii wizualnych odniesień tortury, którym Bond był poddawany w północnokoreańskim więzieniu. Całkowicie odstająca od standardu była natomiast tytułowa piosenka Madonny, być może dlatego, że pierwotna kompozycja nie miała z bondem nic wspólnego i została forsownie przerobiona pod film. Nakręcony za 6 mln dolarów teledysk do "Die another day" ukazywał mniej wiecej to samo, co w czołówce filmu, lecz z Madonną w roli torturowanej kobiety. Po raz pierwszy w historii bondów wykonawca piosenki tytułowej pojawił się w tym samym filmie - królowa muzyki pop zagrała małą rólkę nauczycielki fechtunku. Nie wszyscy polubili "Śmierć nadejdzie jutro", wytykając przetechnicyzowanie i skomiksowienie idące dalej niż cała, komiksowa z ducha, seria. Formuła ery Brosnana doszła tu do swego szczytu, a ze szczytu lepiej zejść w glorii chwały, oddając pałeczkę młodszym. Tak też się stało.


Casino Royale
2006


reżyseria - Martin Campbell
James Bond - Daniel Craig
czołówka - Daniel Kleinman


UTWÓR
Chris Cornell - "You know my name"





Pierwszy bond z Danielem Craigiem był pełen niepodzianek. Barbara Broccoli i Michael Wilson wykorzystali zmianę aktora do niespotykanego wcześniej radykalnego odswieżenia sagi i rozpoczęcia właściwie od początku, czyli od momentu, w którym Bond otrzymuje licencję na zabijanie. Restart odcisnął piętno także na kilku, zdawałoby się, nietykalnych elementach tradycji. Na pierwszy odstrzał poszła pierwsza część gun barrel sequence, ta ze znikającymi kropkami. Po prostu jej nie ma. Po czołówce MGM rozpoczyna się czarno-biały prolog, w którym Bond załatwia dwóch przeciwników (a widz traci nadzieję na kanoniczny widok Bonda w środku lufy). Kiedy pierwszy z nich, teoretycznie martwy, podnosi się i chce załatwić naszego bohatera, wtedy nagle Bond odwraca się, a jego sylwetka nieoczekiwanie zostaje objęta obrazem znanym z gun barrel sequence. Pada strzał i w tym momencie niczego nieświadomy widz doznaje pełni bondowskiego szczęścia. Widok Bonda ze środka lufy uruchamia wspaniałą piosenkę Chrisa Cornella "You know my name", a obraz płynnie przechodzi w animowaną czołówkę, w której po raz pierwszy nie ma żadnego kobiecego kształtu, kusząco wijącego się po ekranie. W końcu był to nowy początek przygód Bonda, a tabuny jego dziewczyn dopiero na niego czekały. W zamian Daniel Kleinman zaproponował cyfrowo stylizowaną na animację rysunkową sekwencję, pełną karcianych symboli rozlewających się po ekranie niczym fraktale ze zbioru Mandelbrota. Wśród nich Kleinman umieścił specjalnie nakręcone do czołówki ujęcia m.in. z Danielem Craigiem, cyfrowo przetworzone do quasi-rysunkowej, rotoskopowej formy, naśladującej technikę cel-shading. Dynamika tej sekwencji przyćmiła wszystko, co do tej pory mogły zaprezentować czołówki bondowskie. Zachwyca przede wszystkim przebojowe wykorzystanie starego motywu gun barrel w zupełnie innej wizualnej "orkiestracji".


Quantum of solace
2008


reżyseria - Marc Forster
James Bond - Daniel Craig
czołówka - MK12


UTWÓR
Jack White, Alicia Keys - "Another way to die"





Ben Radatz i Tim Fisher, reżyserzy z designerskiej firmy MK12 muszą chyba bardzo lubić "Diunę", bo do "Quantum of solace" zaproponowali Daniela Craiga jako nowoczesnego Fremena, polującego na czerwie w wersji 2.0, czyli piękne, nagie kobiety wyłaniające się spod bajecznie oświetlonego piasku. Wystawne kompozycje Kleinmana z poprzednich czołówek ustąpiły miejsca prostszym, choć bardzo efektownym kolażom nowych twórców czołówki. Zmianie uległa także czcionka napisów. Natomiast bardzo dynamiczna wersja gun barrel sequence została przesunięta na sam koniec filmu, tuż przed napisami końcowymi. Piosenka Jacka White'a i Alicii Keys "Another way to die", utrzymana w rockowym klimacie przeboju Chrisa Cornella z poprzedniego filmu, to także znak nowych czasów i nowego Bonda, gdzie nie ma już miejsca na spolegliwe nuty w stylu Gladys Knight.



I to tyle. Dziękuję za uwagę i do następnej czołówki.

Tekst i oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 27 lutego 2010

ARTYKUŁY | STRONA GŁÓWNA KMF