Powrót do wyboru
KING KONG - 1933, 1976, 1986, 2005
zbiór recenzji
King Kong (1933) reż. Merian C. Cooper, Ernest B. Schoedsack

Począwszy od drugiej połowy XIX wieku umysły czytelników rozpalały powieści przygodowe Juliusza Verne'a, gatunkowo kontynuowane przez Arthura Conan Doyle'a, Edgara Rice'a Burroughsa czy Henry'ego Ridera Haggarda. Egzotyczne oazy na środku Sahary, nieznane obszary w sercu dżungli, fantastyczne krainy w niedostępnych przełęczach górskich, umiejscowione w naszym świecie, lecz jednocześnie poza obowiązującym resztę globu czasem, definiowały rozkwitający w Wielkiej Brytanii nurt literacki. Brytyjczycy doby wiktoriańskiej widzieli w opowieściach o Tarzanie, Aiszy i Allanie Quatermainie odbicie zwycięskiego ducha kolonializmu, odkrywającego kolejne połacie afrykańskich ostępów, nietkniętych dotychczas stopą białego człowieka. Wariacje na temat Atlantydy, Lemurii czy innej Shangri La pozwalały na zaspokojenie odwiecznych tęsknot za miejscami czystymi, dziewiczymi, wreszcie fantastycznymi, gdzie czas, ewolucja, historia i postęp techniczny biegną zupełnie innym rytmem; gdzie skołatana dusza mogła doznać ukojenia, zaś żądni wrażeń podróżnicy znajdowali niespotykane cuda natury. Odkrywane dla czytelników miejsca miały spory rozrzut gatunkowy od pradawnych mateczników z dinozaurami ("Zaginiony świat" Conan Doyle'a), poprzez prehistorycznych mieszkańców Ziemi ("Walka o ogień" J.H. Rosny'ego), niedostępne głębiny oceanu ("20 000 mil podmorskiej żeglugi" Verne'a), aż po egzotyczne królestwa ("Ona" Haggarda, "Atlantyda" Pierre'a Benoit).
Słowo pisane szybko znalazło nowe medium pod postacią świeżo odkrytego wynalazku: kina. Pomijając mniej lub bardziej wierne literaturze, pierwsze nieporadne ekranizacje powieści przygodowych Haggarda, Verne'a i Benoit, warto zatrzymać się przy filmowej adaptacji "Zaginionego świata" Arthura Conan Doyle'a (1925) w reżyserii Harry'ego O. Hoyta. Opowieść o ekipie prof. Challengera, znajdującej w niedostępnych czeluściach Ameryki Południowej dinozaury, a następnie sprowadzającej jednego z nich do Londynu, dostarczyła dwóch wzorów dla wszystkich późniejszych filmów o mitycznych krainach. Pierwszym był bezwstydnie kopiowany nawet przez Spielberga schemat fabularny (wyprawa, ingerencja, wywóz okazów niszczących w finale miasto), drugiego wzoru dostarczył legendarny pionier filmowej techniki zdjęć poklatkowych, Willis H. O'Brien.

O'Brien już w roku 1917 zrealizował dziewięć krótkometrażówek, w których odkrywał świat poklatkowej animacji. Pierwsza z nich nosiła znamienny tytuł "Dinozaur i brakujące ogniwo", co najlepiej charakteryzowało zamiłowanie twórcy do budowania i ożywiania przed kamerą miniaturowych modeli prehistoryczych stworów. Na planie "Zaginionego świata" Willis O'Brien mógł już na szeroką skalę zainscenizować tytaniczne walki 49 gadów, co wprawiło w zdumienie i zachwyt publikę. To zmotywowało O'Briena do popuszczenia wodzów fantazji i przygotowań do projektów "Atlantis" (1927) i "Akt stworzenia" (1930). Ich monumentalna tematyka i epicki rozmach, w oparciu o ciągle doskonaloną animację, nie doczekały się jednak realizacji. Willis O'Brien chciał wyprzedzić swoją epokę, lecz na przeszkodzie stanęły przyziemne problemy finansowe i brak zaufania producentów do tak śmiałych wizji. Na szczęście ten geniusz animacji wkrótce otrzymał okazję zrobienia efektów, które uczyniły jego dzieło nieśmiertelnym.

Zacznijmy jednak od pewnej historycznej ciekawostki. W 1920 roku amerykański pilot-ochotnik Merian Caldwell Cooper, walcząc w ramach szwadronu Kościuszki z bolszewikami w wojnie polsko-rosyjskiej 1919-1921, został złapany przez Rosjan i osadzony w obozie jenieckim, z którego uciekł po 9 miesiącach. Po wojnie został udekorowany orderem Virtuti Militari przez samego Marszałka Piłsudskiego. W wojsku Cooper poznał Ernesta Schoedsacka, z którym złączył swe późniejsze zawodowe życie dokumentalisty filmowego, podróżując z kamerą po dzikich zakątkach Azji i Afryki. Pewnego dnia Cooper spotkał się z podróżnikiem Douglasem Burdenem, pracującym dla Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej. Burden pokazał mu niespotykany okaz olbrzymiego warana z indonezyjskiej wyspy Komodo. Coopera zafascynowała idea zapomnianego przez czas lądu, na którym ewolucja zatrzymała się w miejscu, przechowując do dzisiejszych czasów stwory, uważane za dawno wymarłe lub zbyt nieprawdopodobne do fizycznego zaistnienia. Krótko po tym wydarzeniu Cooperowi przyśniła się ogromna małpa, demolująca i terroryzująca Nowy Jork. Obaj z Schoedsackiem oraz pisarzem Edgarem Wallace'em, postanowili tę senną wizję przekuć w film fabularny z wykorzystaniem prawdziwej małpy. Pod koniec lat 20. Cooper został jednym z szefów produkcji w wytwórni filmowej RKO Radio Pictures. Pewnego dnia otrzymał zadanie wykreślenia z planów produkcyjnych filmów nie rokujących finansowych nadziei (były to czasy Wielkiego Kryzysu). Wtedy to po raz pierwszy zobaczył projekty Willisa O'Briena, w pocie czoła pracującego nad "Aktem stworzenia". Zafascynowany nowymi, rewolucyjnymi możliwościami technicznymi, dokonał produkcyjnej korekty zarówno projektu O'Briena, jak i własnego pomysłu na film z małpą. Budowane do skazanego na niebyt "Aktu stworzenia" miniaturowe modele zostały zaadaptowane do nowego obrazu Coopera. A pomysł wykorzystania żywego zwierzęcia poszedł w odstawkę, ustępując miejsca znacznie śmielszej wizji, opartej na animowanym poklatkowo małpim modelu. Napisany przez Ruth Rose i Jamesa Creelmana scenariusz zatytułowany pierwotnie "The Beast", powoli ewoluował poprzez "The Ape", "King Ape" i "Kong", by przybrać ostateczną formę jako "King Kong". Takie były początki pierwszego z najsłynniejszych potworów w historii kina.
Przedsiębiorczy reżyser filmowy Carl Denham (Robert Armstrong) wynajmuje statek z załogą, by dopłynąć nim na oficjalnie nieistniejącą wyspę. Według dysponującego tajemniczą mapą Denhama, ma być tam ukryty legendarny stwór Kong, czczony przez tubylców. Zawładnięty ideą nakręcenia filmu o Pięknej i Bestii Denham składa propozycję bezrobotnej aktorce Ann Darrow (Fay Wray). Wyprawa poprzez mgłę dociera na Wyspę Czaszek, gdzie miejscowe plemię przygotowuje ofiarę z młodej kobiety, jako narzeczonej dla potwora. Tubylcy chcą blondwłosej Ann jako ofiary dla Konga i pod osłoną nocy porywają ją ze statku. Zakochany w niej Jack Driscoll (Bruce Cabot) śpieszy z załogą na ratunek, lecz gigantyczny goryl naprawdę istnieje i porywa Ann w głąb dżungli. Ekipa ratunkowa wkracza w sam środek "zaginionego świata" zamieszkałego przez dinozaury i Konga, który w ataku furii zabija większość załogi. Zafascynowany malutkim blond-cudem Kong troszczy się o Ann, ratując ją przed atakami T-Rexa, ogromnego węża i skrzydlatego pterodaktyla. Wreszcie Jack uwalnia Ann z troskliwych łap Konga, który sam wpada w pułapkę marynarzy i zostaje przewieziony do Nowego Jorku. Tam podczas pierwszego, przygotowanego z wielką pompą pokazu, rozdrażniony fleszami fotoreporterów, uwalnia się ze stalowych obręczy i w pierwotnym niszczycielskim szale demoluje miasto. Porywa także Ann, z którą wspina się na szczyt Empire State Building. Tam zostaje śmiertelnie ranny przez uzbrojone załogi czterech dwupłatowców. Zostawiając dziewczynę, Kong spada z iglicy budynku i umiera. W ostatniej scenie reżyser Carl Denham wygłasza pamiętne słowa: "To nie samoloty. To Piękna zabiła Bestię".

"King Kong - ósmy cud świata" - tak reklamowano film, którego popularności i takiego wpływu na kulturę masową twórcy nawet nie śmieli zakładać. Nie do wiary, że tak dynamiczne i precyzyjne widowisko powstało zaledwie 30 lat po tym, jak Georges Melies odkrył filmową fabułę. Zrobiony ponad 70 lat temu "King Kong" wyprzedził swój czas i nadal czaruje egzotycznym urokiem prehistorycznej dżungli, przykuwa uwagę bezbłędnie prowadzoną, choć prostą w gruncie rzeczy fabułą, wprawia w osłupienie ówczesnym zaawansowaniem technologii zdjęć specjalnych i przede wszystkim pozostaje nieustannym źródłem inspiracji dla całego podgatunku kina fantastycznego, zwanego monster-movies, dla którego był wielkim protoplastą. W historii kina niewiele jest filmów, które same w sobie są znakiem firmowym. Nie wszyscy widzieli klasyczny oryginał, ale dźwięk tytułu każdego bezbłędnie zaprowadzi do skojarzenia z wielką małpą. Wszystko w tym filmie było nowe, choć ówcześni widzowie znali już ekranowe dinozaury ("Zaginiony świat", 1925). Lecz skala widowiska, błyskotliwe tempo narracji, wirtuozerskie efekty specjalne, śmiałość w pokazywaniu szokujących scen pożerania ludzi przez Konga i ze wszech miar kreatywne użycie wszystkich dostępnych środków filmowego przymusu bezpośredniego, stanowiły bezprecedensową propozycję nie tylko dla szeregowej widowni, lecz dla całego filmowego świata. Nowością (nie licząc "M-morderca" Langa, 1931) było kreatywne użycie dźwięku i to zaledwie sześć lat po premierze "Śpiewaka jazzbandu". Kiedy tubylcy nasłuchują zbliżającego się Konga, napięcie rośnie wyłącznie w sferze dźwięku; małpa pojawia się na ekranie dopiero, gdy jej dudniące kroki zagłuszają wszystko wokół. Niby nic, ale wszystkie chwyty narracyjne, których obecnie nawet nie wychwytujemy, musiały zostać przecież kiedyś wymyślone. Zauważalne jest wielokrotne odejście od dialogów w stronę opowiadania wyłącznie obrazami. Zanim Jack odbije Ann z łap Konga, przez wiele minut z ekranu nie pada ani jedno słowo; fascynację małpy i jej walkę z drapieżnikami ilustruje tylko muzyka, efekty dźwiękowe i od czasu do czasu nieśmiertelne wrzaski Królowej Krzyku Fay Wray. Schoedsack i Cooper z pewnością nie byli autorami całego almanachu, według którego zrobiono później Indianę Jonesa, ale to właśnie w "King Kongu" całe gatunkowe instrumentarium zagrzmiało po raz pierwszy z całą mocą. Także dramatyczna muzyka Maxa Steinera była jedną z pierwszych partytur, napisanych specjalnie do filmu fabularnego.
Bardzo ciekawe jest to, że nie ma w oryginalnym "King Kongu" postaci jednoznacznie dobrych czy złych. Mimo, że Ann nienawidzi Konga, to wielka małpa jest tylko głosem natury, posłańcem z innego świata, nieskalanego ludzkim pierwiastkiem destrukcji w imię doraźnych zysków. Człowiek wszedł z buciorami i bronią palną w jego świat, więc człowiek za to odpokutuje, choć niszczycielski szał Konga nie ma cech zemsty. To raczej duże dziecko, gotowe skręcić kark za zabranie ukochanej zabawki. Nawet reżyser Denham, w końcówce wygłaszający przytoczone wcześniej pamiętne zdanie, nie jest - choć zabrzmi to śmiesznie, ale zgodnie z prawidłami współczesnego kina - zakuty w kajdany i wsadzony do radiowozu, jako pośredni sprawca wszystkich nowojorskich zniszczeń dokonanych przez Konga. W beznadziejnych sequelach Johna Guillermina, zarówno postaci grane przez Charlesa Grodina (szef nafciarzy) i Johna Ashtona (generał) kończą żywot pod cielskiem Konga i ten patent jest jak najbardziej zrozumiały i zgodny z oczekiwaniami widza. Ale rok 1933 to była zupełnie inna epoka w dziejach świata i historii filmu. Świat był jeszcze na swój sposób niewinny, wzbudzający ciekawość nieodkrytych miejsc, rokujący nadzieje z przyspieszającego postępu technicznego, świat nieskażony nazizmem, komunizmem, II wojną światową, bombą atomową i innymi globalnymi okropieństwami. To nie przypadek, że King Kong - "ósmy cud świata", wspinał się w finale po najnowszym cudzie technologicznym ówczesnej Ameryki, mierzącym 381 metrów budynku Empire State Building, postawionym w najbardziej spektakularnym urbanistycznie mieście świata.

Lecz ta romantyczno-przygodowa opowieść o tragicznym wydźwięku zawdzięcza swą dosłowną wielkość nie tyle scenariuszowi, aktorstwu, czy architekturze miasta, co koncepcji wizualnej, sprzęgniętej z warsztatem efektowym Willisa O'Briena. Jego animacja poklatkowa do dziś robi wrażenie swą komiksową wręcz dynamiką. O'Brien postawił na szybkość. Odbyło się to co prawda kosztem płynności animacji, gdzie każdy ruch modelu sprawia wrażenie pozbawienia go efektu gęstszego fazowania, ale dzięki temu wszystkie monstra z Wyspy Czaszek imponują zwinnością i szybkością, co w prostej linii przełożyło się na zadziwiającą nawet dziś dynamikę całego filmu. Model Konga wysokości 45 cm udawał kolosa mierzącego 5,5 metra. Lecz w scenach nowojorskich, ze względu na walory widowiskowe, zmieniono skalę do 7,2 metra. Modelarz Marcel Delgado stworzył wszystkie monstra z metalowych szkieletów pokrytych gumą. Model Konga ubrany został w futro z królika, które, co widać na filmie wyraźnie, zmienia swoją fakturę nawet co kilka klatek. Winowajcą był sam O'Brien, który dłońmi naruszał futerko między rejestracją kolejnych faz ruchu. W kilku mrożących krew w żyłach ówczesnej widowni zbliżeniach (ludzie pożerani przez Konga) widać pełnowymiarowy model głowy, stopy i dłoni, w której wiła się biedna Ann Darrow. Walka Konga z T-Rexem powstała na podstawie czegoś, co dziś można nazwać motion-capture. Obaj reżyserzy posiadali bokserską przeszłość i po prostu wykonali przed kamerą symulację walki między obiema bestiami, co później posłużyło za animacyjną referencję dla Willisa O'Briena. Ryk Konga powstał przez zmiksowanie dźwięków wydawanych przez lwa i tygrysa, a następnie odtworzonych do tyłu. Czego by nie mówić o ograniczeniach animacji poklatkowej, zwłaszcza w tak prekursorskim wydaniu, King Kong O'Briena posiadał osobowość, niwelującą wrażenie oglądania małej marionetki. A w historii efektów ta sztuka udała się tylko nielicznym.
Animacja poklatkowa na większości ujęć została bardzo pomysłowo połączona z żywą akcją za pomocą tylnej projekcji w kilku wariantach. Wcześniej nakręcone ujęcie wyświetlano na wielkim ekranie, przed którym grali aktorzy w dekoracjach. Dzięki odpowiedniemu ustawieniu kamery, oba plany - prawdziwy i wyświetlony - zlewały się ze sobą w jedną całość, co pozwoliło na łączenie w jednym kadrze animacji monstrów i gry aktorów. Tym sposobem Fay Wray mogła wrzeszczeć na widok wyświetlanego na ekranie przed nią King Konga. Tylną projekcję wykorzystano także przy poklatkowej rejestracji miniaturowych modeli, jak chociażby w scenie, w której Kong próbuje złapać ukrytego w skalnej rozpadlinie Driscolla. Uprzednio nakręcone zdjęcia aktorskie rzutowano na ukryty wśród zmniejszonej dekoracji miniaturowy ekran z prędkością jednej klatki na jedną fazę ruchu modelu Konga. W kilku scenach efekt ten był nakładany na siebie wielokrotnie. Pomysłowość autora tych efektów Linwooda G. Dunna twórcy filmowi wykorzystywali aż do początku lat 90. ("Robocop", Robocop 2"). Dopiero cyfrowa animacja odesłała techniczną myśl genialnych pionierów do lamusa.

Miniaturowe plany dżungli zapełniono roślinnością zarówno sztuczną, jak i prawdziwą. Pewnego razu cały dzień pracy animatorów trafił do kosza z powodu jednego kwiatu, który niezauważenie dla wszystkich zakwitł, co w przyspieszonym tempie zobaczono dopiero na gotowym filmie. Natomiast pełnowymiarowa scenografia "King Konga" to osobna historia hollywoodzkiego recyklingu. Sporo zaoszczędzono na dekoracjach Wyspy Czaszek, bowiem wykorzystano scenografię do nakręconego rok wcześniej filmu "The Most Dangerous Game" Ernesta Schoedsacka i Irvina Pichela (zresztą z Robertem Armstrongiem i Fay Wray w rolach głównych). Z kolei olbrzymią dekorację wrót na Wyspie Czaszek odziedziczono po "Epizodzie babilońskim" z monumentalnej "Nietolerancji" D.W. Griffitha (1916). A ta scenografia przetrwała aż do 1938 roku. Wtedy to producent "King Konga" David O. Selznick uznał, że ogromna palisada świetnie nada się do scen pożaru Atlanty, którymi rozpoczęto produkcję "Przeminęło z wiatrem".
Rolę Ann Darrow odrzuciła Jean Harlow. 26-letnia Fay Wray, odwrotnie niż jej bohaterka, była wtedy rozchwytywaną aktorką z bagażem ponad 50 ról filmowych. Do roli w "King Kongu" aktorka założyła blond perukę marki Max Factor, czym ustanowiła obowiązujący do dziś wizerunek słodkiej blondynki krzyczącej o pomoc. Cooper i Schoedsack pojawili się także po drugiej stronie kamery. Reżyserzy doszli do wniosku, że skoro oni wymyślili Konga, również oni powinni go zniszczyć. W tym celu obaj zagrali pilota i strzelca w samolocie, który zadał Kongowi najwięcej ran. Zabawna historia wiąże się z angażem do filmu czterech dwupłatowców Curtiss (oprócz których używano również miniaturowych modeli i studyjnych atrap do zbliżeń). Schoedsack zapłacił 100 dolarów za wynajęcie wojskowych maszyn i pilotów. Oprócz tego nieoficjalnie wręczył każdemu pilotowi po 10 dolarów na twarz. Ci byli tacy zadowoleni z nieplanowanej premii, że postanowili w dowód wdzięczności wykonać specjalny numer powietrzny. Kiedy Schoedsack (był również operatorem) włączył kamerę, by nakręcić równoczesny start maszyn z płyty lotniska, okazało się, że samoloty były połączone linką, na której powiewały różnokolorowe chorągiewki. Oczywiście ta nieplanowana inicjatywa pilotów nie spotkała się ze zrozumieniem artystów, skutkiem czego ujęcie trzeba było powtórzyć. Biedni piloci nie wiedzieli, że samoloty startowały do ataku na wielką małpę, nie zaś na paradę lotnictwa...

Z uwagi na fenomenalne wpływy kasowe, RKO z powodzeniem wypuszczało "King Konga" na ekrany jeszcze pięciokrotnie do 1956 roku, za każdym razem pozbawiając film kilku scen w stosunku do wersji premierowej. Pod nóż trafiła m.in. scena, w której Kong zdejmuje ubranie z Ann Darrow, zjadanie marynarzy przez brontozaura, zjadanie tubylców przez Konga i zrzucenie przez Konga kobiety na ulice Nowego Jorku . Wycięto też przerażający ówczesną widownię epizod z wielkimi pająkami, pożerającymi marynarzy, zrzuconych przez Konga do wąwozu. Z powodów technicznych już w pierwszej wersji filmu zrezygnowano z ujęcia spadającego z Empire State Building Konga, widzianego z perspektywy ulicy.
"King Kong" uruchomił lawinę filmowych potworów. Japońskie monstra z filmów o Godzilli, spielbergowskie dinozaury, czy wszelkiej maści kosmiczne dziwadła z tandetnych amerykańskich filmów SF z lat 50. - ich protoplaści w postaci smoków z bajek nie miały takiej siły przebicia, nawet wobec wielowiekowej tradycji słowa pisanego. Dopiero zakochany w kobiecie goryl otworzył nowe perspektywy dla twórczej i (częściej) odtwórczej wyobraźni. I pomyśleć, że twórcom chodziło zaledwie o nakręcenie przyzwoitego filmu przygodowego, oferującego eskapistyczne 100 minut zapomnienia o świecie zewnętrznym. Przy okazji wyszedł im jeden z najtrwalszych i najczęściej cytowanych filmowych mitów wszechczasów. Ten film burzy schematy o "starym kinie" jako nudnej ramotce, wyłącznie dla historyków sztuki filmowej. Jest co prawda czarno-biały obraz, jest statyczna kamera, jest niespotykane dziś aktorstwo, ale tutaj naprawdę się dzieje. Sprawiwszy sobie po latach seans takiego klasyka, można przymknąć oko na niedostatki techniczne, wówczas traktowane jako szczyt filmowej iluzji. Naiwność tej momentami horrorowej baśni także odeszła już do lamusa, lecz właśnie w tej rozczulającej prostocie tkwi magia "King Konga", która nadal działa. I nie mam tu na myśli reżyserów-partaczy, którzy z zapałem godnym lepszej sprawy, przez wiele lat próbowali z miernym skutkiem podczepić się pod mistrzostwo Coopera i Schoedsacka. Kino to zaklęte w obrazach emocje, a reżyseria to sztuka poruszania nimi w celu zestrojenia się w jedną melodię. Stworzenie z 45cm marionetki olbrzymiego goryla, wtłoczenie weń mieszaniny napięcia, wrażliwości, czułości, instynktu, przemocy i zawładnięcie tym zestawem duszami i kieszeniami kilku pokoleń - już taki zestaw prosi się o postawienie na półce z napisem "fantastyka". Tymczasem sztuka filmowa rękami i sercami swych najwierniejszych wyznawców wciąż potrafi dokonywać cudów. Tragiczna historia Konga z Wyspy Czaszek to jeden z nich.
KING KONG

Rok produkcji: 1933 | Czas trwania: 100 minut
Wytwórnia: RKO Radio Pictures Inc.

Reżyseria: Merian C. Cooper, Ernest B. Schoedsack
Scenariusz: James Ashmore Creelman, Ruth Rose
Produkcja: M.C. Cooper, E.B. Schoedsack, D.O. Selznick
Zdjęcia: E. Linden, J.O. Taylor, V. Walker, K. Peach
F/X: Willis H. O'Brien, Linwood G. Dunn, Carroll Dunning
Montaż: Ted Cheesman
Muzyka: Max Steiner

Wystąpili:
Fay Wray (Ann Darrow), Bruce Cabot (Jack Driscoll),
Robert Armstrong (Carl Denham), Frank Reicher
(kpt. Englehorn), Sam Hardy (Charles Weston), Noble Johnson (wódz plemienia), James Flavin (Briggs)
Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 6 grudnia 2005

STRONA GŁÓWNA | POWRÓT DO WYBORU | RECENZJE KMF