Strona główna KMF

    Ciepło przyjęty przez krytykę "Lost in translation", na naszych ekranach pod tytułem "Między słowami", to drugi po "Virgin suicides" pełnometrażowy film Sofii Coppoli. Po filmie, obsypanym taką ilością nagród i wyróżnień (dość wspomnieć pięć nominacji do Złotych Globów) można spodziewać się, że będzie co najmniej dobry, jeśli już nie bardzo dobry. Nie jest. To bardzo przeciętne kino. "Między słowami" niesie taką samą refleksję, jaką niosły "Przekleństwa niewinności" - pani Coppola nie ma wiele do powiedzenia.
    Sam pomysł jest ciekawy i daje szerokie pole interpretacyjne. Akcja dzieje się w Tokio, gdzie do jednego hotelu trafia przypadkiem dwójka zupełnie obcych sobie dotąd ludzi. Ona, Charlotte, to młodziutka absolwentka wydziału filozofii, dwa lata po ślubie. Z mężem, fotografikiem realizującym w Japonii bliżej niesprecyzowane prace zlecone, nie może znaleźć wspólnego języka. Czuje się samotna, niezrozumiana, ma problemy z samookreśleniem i nie wie, czego chce, kim jest ani do czego dąży. On, Bob, to mężczyzna w średnim wieku, niegdyś znany aktor telewizyjny, teraz dorabia występując w reklamówkach. W kraju zostawił żonę i kilkoro drobiazgu. Czuje się przebrzmiały, niepotrzebny, wyrzucony przedwcześnie poza nawias życia. Pragnie zmiany i dynamizmu, nie ma jednak pojęcia, na czym te zmiany mogłyby polegać. Intuicyjne przyciąganie łączy tych dwoje, dzięki czemu bezbłędnie wyławiają się z tłumu - dwoje samotnych i wyobcowanych Amerykanów w Japonii. Rodzą się między nimi porozumienie, bliskość i serdeczna przyjaźń, skazana niestety na motyli żywot, z nieuchronnym rozstaniem majaczącym na horyzoncie.


    Zbliżenie tych dwojga, tak różnych pod względem wieku, oczekiwań, doświadczeń, a pokrewnych sobie z uwagi na przykry kryzys, w którym, każde z innych powodów, się znaleźli - to wydawałoby się niewyczerpane źródło inspiracji. Słowa, jakie padają między nimi, nie są właściwie istotne. Ważne jest to wszystko, co kryje się w niedopowiedzeniu, impulsy przebiegające poza komunikacją czysto werbalną; treści, które ukrywają się za najbardziej banalną wymianą zdań. Taki też był cel Coppoli - zobrazowanie pragnienia poszukiwania drugiego człowieka, ciągłości i subtelności tego procesu, próba uchwycenia chwil, które, choć trwają krótko, potrafią zmienić całe nasze życie. I właśnie w tym miejscu, niestety, poniosła porażkę. W głównych rolach Bill Murray i Scarlett Johannson. Ją pamiętamy przede wszystkim z roli okaleczonej dziewczynki w "Zaklinaczu koni", on to doświadczony aktor komediowy z dużym dorobkiem. Murray jest najmocniejszą stroną tego filmu, chociaż nie sposób miejscami uniknąć porównań z "Dniem świstaka" - jego kreacja staje się bardziej dojrzałą kalką tamtej, rewelacyjnej zresztą, roli.


Na jego tle panna Johannson wypada niestety bardzo blado. Brakuje jej zupełnie wyrazistości i umiejętności grania bez pomocy słów, przez co sceny symboliczne z jej udziałem (wizyta w świątyni, obserwacja japońskiego ślubu, niekończące się posiedzenia przy wielkim oknie hotelowym) tracą zupełnie swoją wymowę. Do Murray'a należą też wszystkie akcenty komiczne filmu, oparte głównie na starciu mentalności amerykańskiej z kulturą japońską i lapsusach językowych. Przede wszystkim jednak, między parą pierwszoplanowych bohaterów trudno zauważyć chociażby cień przyciągania. To brak bardzo znaczący, zważywszy na fakt, że treścią filmu ma być magnetyzm pozawerbalny. I nagle z wielką mocą dociera do widza świadomość, że tam, gdzie niby mają się kryć wielkie treści, sens tej niezwykłej przyjaźni, tak naprawdę czai się pustka. Nieporadne dialogi ludzi, którzy nie bardzo wiedzą, o czym mają ze sobą rozmawiać, trochę onieśmielonych, niepewnych, ale czujących do siebie sympatię, pozostają tylko i wyłącznie tym właśnie, co widać na pierwszy rzut oka. Rozwój tej relacji i jej emocjonalne nasycenie są niewiarygodne.
    Coppola już poprzednim obrazem dowiodła, że granie na uczuciach odbiorcy za pomocą przelotnych scen z (w efekcie tylko pozorną) głębią nie jest jej mocną stroną. Za dużo w tym pozy, za dużo sztafażu, umowność skłaniająca do wydobycia z siebie maksimum dobrej woli, by w zabiegach reżyserki dostrzec to, co tak bardzo sili się przekazać. Wyraźnie brak jej lekkości w operowaniu symboliką. Zbliżoną tematykę podjął swego czasu Peter Weir w "Zielonej karcie", nawet zakończenie jest niemal identyczne - i chociaż nie było to udane dzieło Mistrza, jednak bije na głowę wysilone "Lost in translation". Warto zwrócić uwagę na sympatyczną drugoplanową rolę Giovanni Ribisi, bardzo lekko i z dystansem zagraną, a z pewnością nietypową dla niego. Interesujące jest też samo Tokio - szkice z jego nocnego życia, pojawiające się niejako mimochodem, jako tło dla perypetii bohaterów, zagubionych w rzeczywistości, której zupełnie nie rozumieją, skrajnie różnej od wszystkiego, do czego przywykli.


    Nie jest to ani kamień milowy w dziedzinie komedii romantycznej, ani wybitnie inteligentne kino z drugim dnem, ani szczególnie sprawnie rozrysowany dramat ludzkich uczuć, który porusza i na długo zostaje w pamięci. To przeciętny obraz, który miałby szansę się wybronić w rękach doświadczonego artysty, ale niestety w takie ręce nie trafił. A jeśli dla porównania ktoś chce zobaczyć, co naprawdę kryje się "między słowami", odsyłam do ostatniej sceny "Prostej historii" Davida Lyncha.



AUTOR RECENZJI:
KAROLINA CHYMKOWSKA - Deina
      dejnax@wp.pl




MIĘDZY SŁOWAMI
(LOST IN TRANSLATION) USA/JAPAN 2003
reżyseria - Sofia Coppola
scenariusz - Sofia Coppola
zdjęcia - Lance Acord
muzyka - Brian Reitzell, Kevin Shields, William Storkson
występują:
Scarlett Johansson (jako Charlotte)
Bill Murray (jako Bob Harris)
Akiko Takeshita (jako Ms. Kawasaki)
Giovanni Ribisi (jako John)
Kazuyoshi Minamimagoe
Kazuko Shibata
Take
Ryuichiro Baba
Akira Yamaguchi
Catherine Lambert