Strona główna KMF
        

Tym razem nie będę się rozpisywał - jak mam to czasami w zwyczaju - nad pozafilmowymi okolicznościami narodzin konkretnego tytułu. Tym razem będzie bowiem o narodzinach kina. Nie kinematografu, lecz kina. Sam wynalazek braci Lumiere, któremu historycy przypisali datę 28 grudnia 1895 roku, ma przecież wielu ojców, a Lumiere "zaledwie" zdążyli go opatentować przed innymi. Natomiast do narodzin kina przyszło entuzjastom nowej zabawki poczekać kilka lat. Przez pierwsze lata operatorzy wykorzystywali kinematograf jak dzieci klocki - do nauki przez zabawę. Fantazji starczało na wyjście z kamerą w plener, by nakręcić ludzi wychodzących z fabryki, pociąg wjeżdżający na stację, karmienie dziecka. Szczytowym osiągnięciem był "Polany ogrodnik", pierwsza komedia w historii kina. Pierwszym skandalem był sfilmowany pocałunek. Dość szybko zaczęto zwracać uwagę na uwiecznianie na "ruchomych fotografiach" aktualnych ważnych wydarzeń społecznych. Jedno z nich zostało zrekonstruowane w atelier przez Georgesa Meliesa jako "Sprawa Dreyfusa" (1899). Rodzi się fabuła, rodzi się kino.

Wreszcie zaczęto korzystać ze spuścizny literackiej, mającej dotąd adaptatorskie ujście wyłącznie na deskach scenicznych. Czerpano przede wszystkim z Biblii. Język filmowy bardzo szybko wzbogacał się o nieznane dotychczas aspekty techniczno-dramaturgiczne: montaż, różnicowanie planów, ruch kamery, perspektywa. W 1902 roku francuski twórca Georges Melies, właściciel cudownego teatru po magiku Houdinim, pasjonat filmowych sztuczek i pierwszy wielki czarodziej dużego ekranu, szukając materiału na kolejny krótki filmik, których w swej kolekcji miał już mnóstwo, poszedł na całość. Pozrzynał całe rozdziały z "Wokół Księżyca" Verne'a oraz "Pierwszych ludzi na Księżycu" Wellsa i ulepił z nich film, który swą astronomiczną długością przeraził właścicieli kin. Żaden z nich nie wierzył w to, że publiczność wytrzyma nieprzerwany seans 14 minut tego samego filmu, noszącego tytuł "Podróż na Księżyc".

Grupa naukowców, wyglądających jak klony prof. Dumbledore'a, zbiera się by przedyskutować wiekopomny projekt wysłania załogowej wyprawy na Księżyc. Dyskusja była żarliwa, nie obyło się bez rzucania mądrymi księgami i nadmiernej gestykulacji rozentuzjazmowanych światłych mężów nauki. Pocisk-rakieta, w której naukowcy mają osiągnąć powierzchnię Srebrnego Globu, nabiera coraz realniejszych kształtów. Uczeni doglądają postępów prac. Nadchodzi uroczysty dzień startu. Po wejściu do środka sześciu naukowców, pocisk zostaje wtłoczony do lufy armaty przez tancerki z Folies-Bergere. START!! Rakieta dociera na miejsce, wbijając się w oko Księżycowego Człowieka. Naukowcy wychodzą z pocisku i wiwatują na cześć wznoszącej się na nieboskłonie Ziemi, którą przed chwilą opuścili. Następnie udają się na spoczynek wprost na gościnnej księżycowej ziemi. Nad ich głowami przelatuje kometa, a niebo zapełnia się cudownymi widokami niebiańskich istot symbolizujących Gwiazdę Polarną, sierp Księżyca i Saturna z pierścieniami. Nieoczekiwana burza śnieżna powoduje zejście naukowców pod powierzchnię Księżyca. Znaleziona tam, wybujała wegetacja roślinna, wywołuje kolejną falę entuzjazmu uczonych. Nawet wbity w ziemię parasol nagle zamienia się w olbrzymiego grzyba. Nagle pojawia się Selenita, rdzenny mieszkaniec Księżyca. Okazuje się, że można go unicestwić uderzeniem parasola. Lecz wszystko to na nic. Selenici porywają naszych uczonych przed zakryte malowniczą maską oblicze władcy Księżyca. Ziemianie nie mają jednak ochoty na słuchanie przydługiej tyrady, uwalniają się, zamieniają władcę w odrobinę dymu i uciekają z dworu. Podczas ucieczki naukowcy znów walczą z bandą niezwykle skocznych Selenitów za pomocą parasoli. Ostatni z uczonych, który nie zdążył się schować do rakiety, własnoręcznie za pomocą liny przeciąga ją poza skraj księżycowego urwiska. Pocisk spada na Ziemię, razem z jednym Selenitą. Rakieta ląduje w oceanie, skąd zostaje wyłowiona przez statek morski. Wszyscy szczęśliwie dopływają do brzegu, gdzie odbywa się parada na cześć zwycięskiego zakończenia wyprawy księżycowej.

W gruncie rzeczy streszczenie "Armageddonu" byłoby bardzo podobne. Wymyślili, polecieli, powalczyli, wrócili. Tyle, że Melies był pierwszy - i to właściwie we wszystkim. Jego "Podróż na Księżyc" to pionierski spektakl tego, co później stanie się esencją kina. Przede wszystkim Melies skonstruował spójną fabułę, mającą początek, środek i koniec. Niby nic, rzecz dziś oczywista, lecz ponad 100 lat temu wszystko było nowością. Była to historia fikcyjna, mało - był to wręcz pierwszy film SF! Z obecnego punktu widzenia, co prawda bliżej "Podróży na Księżyc" do burleski i feerii, gdzie naukowy eksperyment, stojący u zarania opowiadanej historii, jest potraktowany z olbrzymią umownością i naiwnością, ale to mimo wszystko fantastyka. Podbierając Verne'owi jego naukowo wypucowany pomysł wysłania ludzi na Księżyc, Melies choć na chwilę pozostawił baśniowe opowiastki z kosmosem ("Sen astronoma", 1898) czy fantastycznymi krainami w tle ("Taniec ognia", "Kopciuszek" 1899). Filmik jest przeuroczą, rozczulającą swoją pogodną naiwnością historyjką, opowiadaną w statycznych kadrach ok. trzydziestu scen. Statyczność nie tyczy się natomiast aktorów, szaleńczo wymachujących rękami i biegających z jednej strony kadru na drugi. Kino nie znało wtedy dźwięku ani plansz z napisami, a biedni aktorzy jakoś musieli grać swe role, nie mogąc się nawet zbliżyć do kamery. Choć z drugiej strony to przyspieszenie wynikło również z 16 klatek na sekundę, z jaką Melies obsługiwał swój kinematograf - ten sam filmik wyświetlony współcześnie 25 kl/s zyskuje znacznie na dynamice...

Wielkie wrażenie robi natomiast strona wizualna (oczywiście na ludziach, mających świadomość tego, jaką prekursorską staroć oglądają). Melies wymyślił mnóstwo sposobów oszukiwania widza, które w udoskonalonej formie stosuje się praktycznie do dziś. Ten pierwszy czarodziej kina najdosłowniej bawił się iluzją, czerpiąc radość z tworzenia obrazów cudownych zniknięć (montaż), przemian (płynne przenikanie ujęć), łączenia oddzielnie nakręconych obrazów (podwójna ekspozycja, maskowanie), czy też stosowania efektów fizycznych, typu linki, zapadnie, pirotechnika, lub charakteryzacja specjalna (maski Selenitów, sam Melies jako twarz Księżyca). Jest w "Podróży na Księżyc" mnóstwo uroczych malowanych dekoracji (autorstwa Meliesa, jak niemal wszystko w tym filmie), rozszerzających wizualne spektrum każdej sceny (później tego typu efekty zastąpiono trikami optycznymi z matte-painting czy tylną projekcją). Niektóre z nich, jak kominy hut produkujących stal dla księżycowej wyrzutni, zostały pomysłowo połączone z miniaturowymi dekoracjami, nakręconymi z wymuszoną perspektywą, co stanowić będzie niewątpliwą inspirację dla czeskiego mistrza Karela Zemana, który po II wojnie światowej zajął się zdumiewającymi artystycznie adaptacjami Verne'a, lecz właśnie w duchu naiwnych wyobrażeń z epoki Meliesa.

Całość spowija co prawda teatralny jeszcze rodowód ówczesnego kina, z podziałem filmu na statyczne, grane w całości sceny i nieruchomą kamerą w roli widza, ale po raz pierwszy przerzucony został narracyjny, realizatorski i przede wszystkim mentalny most na drugą, lepszą stronę kina, gdzie trwa do dziś jego rozwój. Georges Melies wykorzystując teatralne dekoracje i filmowe triki, zdobył się na opowiedzenie kamerą ciekawej historii, trwającej dłużej niż kilka aktów. Za jednym zamachem wymyślił kino fantastyczne (z żelaznymi atrybutami gatunku: kosmosem i obcymi), oraz kino w ogóle. Lecz jego dalsza kariera nie była usłana różami. Wielki Prekursor chciał zarobić na wyświetleniu "Podróży na Księżyc" w USA, lecz chciwa konkurencja wysłana przez Thomasa Edisona, spiraciła film i zarobiła na nim krocie. Między innymi to doprowadziło Meliesa do bankructwa (gdy Edison w tym samym czasie pomnażał majątek). W 1914 roku Melies w przypływie rozpaczy spalił całe swe studio Star Film (była to pierwsza wytwórnia filmowa w Europie). Z pożogi ocalało zaledwie sto filmów z ponad 1200. Wśród uratowanych dzieł była także "Podróż na Księżyc". 14 lat później paryscy dziennikarze znaleźli Meliesa, jako ubogiego sprzedawcę cukierków na dworcu kolejowym. Umieszczony w przytułku i znów otoczony tym razem nowym pokoleniem pasjonatów kina, genialny Francuz zmarł w 1938 roku. David Wark Griffith powiedział kiedyś o Meliesie "Zawdzięczam mu wszystko", Charlie Chaplin nazwał go "alchemikiem światła". Kino to rozrywka i przede wszystkim genialna iluzja. Czasami bywa sztuką. Georges Melies ponad 100 lat temu wymyślił jedno i drugie. A pod trzecie stworzył solidne podwaliny.




PODRÓŻ NA KSIĘŻYC
(Le Voyage dans la lune)

wytwórnia - Star Film, Francja, 1902
reżyseria i produkcja - Georges Melies
scenariusz - Georges Melies
wg powieści - "Wokół Księżyca" Juliusza Verne'a
i "Pierwsi ludzie na Księżycu" Herberta George'a Wellsa
zdjęcia - Michaut, Lucien Tainguy
scenografia - Georges Melies, Claudel
montaż - Georges Melies

wystąpili:

Georges Melies
Brunnet
Farjaut
Kelm
Depierre
Victor Andre
Bleuette Bernon
Jeanne d'Alcy
Henri Delannoy

(prof. Barbenfouillis)
astronom
astronom
astronom






e-mail
 Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI Klub Miłośników Filmu,   2005. 11. 22