Strona główna KMF

      

DO KINA, CZY DO TEATRU ?

Opera Populaire – tajemnicze i dumne wnętrze - teatr liczący 886 miejsc, pełen pozłacanych rzeźb i aksamitnych tkanin, zwieńczony imponującym żyrandolem, wprawić może w osłupienie. Gdy jednak nacieszymy już oczy tym architektonicznym przepychem, przyjrzeć się możemy dokładniej widowni. Tam to właśnie, wysoko, po lewej stronie znajdziemy lożę numer pięć. W loży zaś, przy odrobinie szczęścia ujrzeć możemy człowieka skrywającego swą twarz za śnieżnobiałą maską - maską cierpienia i odrzucenia. Pamiętajmy wtenczas , aby czym prędzej odwrócić wzrok. Upiór z opery nie lubi wszak, aby ktokolwiek zakłócał mu spokój. To w końcu tak naprawdę jego teatr, my zaś poczuć się powinniśmy jako, co prawda zaproszeni, acz jednak nie do końca mile widziani goście...
 

Gdy słynną londyńską sztukę na taśmę filmową przenoszą wspólnie - jeden z największych rzemieślników zachodniego kina - Joel Schumacher oraz - niekwestionowany mistrz musicalu – Andrew Lloyd-Webber produkcyjny rozmach zdaje się być gwarantowany. I faktycznie, filmową wersję "Upiora w operze” najłatwiej określić mianem "epickiej”. Twórcy niezwykle poważnie potraktowali projekt przekształcenia legendy teatru w imponujące dzieło srebrnego ekranu. W efekcie przychodzi nam oglądać w kinie rzecz niezwykłą - obraz od początku do końca przesiąknięty specyficzną, teatralną atmosferą. Ta sceniczna umowność w połączeniu z dość statycznym scenariuszem mogą być jednak, w zależności od punktu widzenia, największą wadą, bądź też największą zaletą hollywoodzkiego "Upiora w operze”. Obraz ten doskonale broni się jako wzorcowa adaptacja słynnego musicalu, pytanie brzmi jednak, czy dosłowne przekładanie języka teatru na język kina to w tym wypadku naprawdę jedyne możliwe rozwiązanie?

Warto przy tym pamiętać, że już pierwotną, literacką historię pióra Gastona Leroux cechowała raczej sceniczna podniosłość, niż musicalowa dynamika. Jak mogło być zresztą inaczej, jeśli głównym motywem opowieści były dzieje fatalnego miłosnego trójkąta – klasycznej pajęczyny uczuć pozbawionej szans na szczęśliwy finał. Oto młoda operowa chórzystka Christine Daae (Emmy Rossum) na skutek zbiegu okoliczności zyskuje niezwykłą szansę ujawnienia swojego wokalnego talentu podczas uroczystej premiery nowej sztuki. Nie wie jeszcze, że kilka dni temu patronem budynku został obiekt jej westchnień sprzed lat – szarmancki Wicehrabia Raoul de Chagny (Patrick Wilson) – który zrobi wszystko, aby ponownie zdobyć serce młodej śpiewaczki. Związek ten miałby nawet szansę na spokojną konsumpcję, gdyby nie fakt, że debiutująca dziewczyna wpadła w oko także tajemniczemu bywalcowi operowych podziemi – zamaskowanemu i samotnemu geniuszowi – tytułowemu Upiorowi (Richard Butler). Na nieszczęście panny Daae zgorzkniały bywalec teatralnych piwnic zdolny będzie posunąć się nawet do morderstwa, aby posiąść duszę swej muzy. Tak oto rozpoczyna się niezwykły muzyczny pojedynek roztropnego hrabiego z szalonym Upiorem, w którym stawką jest serce uroczej Christine. Z tym tylko zastrzeżeniem, że najpiękniejszy głos opery także nie ma zamiaru pozostać w tym dramacie stroną cichą, spokojną i obojętną...

Ogromny literacki, teatralny i filmowy potencjał, jaki tkwi w powyższej historii, rzuca się w oczy niemal od razu. Wynika on w dużej mierze z tej specyficznej atmosfery przepychu, grozy i tajemnicy, jaka panuje w starych wnętrzach teatru. W powietrzu zdaje się wisieć tragedia, i niech cudowne przestrzenie zbudowanej od zera w amerykańskim studiu Pinewood opery nie okażą się złudne. A trzeba przyznać, że "Upiór” istotnie zachwyca od strony muzycznej (co nie jest znowu takie dziwne) oraz wizualnej. Początkowa sekwencja rozświetlania opery z pewnością pozostanie na długo w pamięci widzów. Być może nawet dłużej niż sama historia, którą z takim blichtrem rozpoczyna. "Upiór w operze” nie wywołuje bowiem żadnych emocji. Teatralna umowność udzieliła się aktorom, którzy - mimo że właśnie stawiają w Hollywood pierwsze kroki - posiadają żywiołowość godną prezentera telewizji publicznej. Jeśli więc ktoś odnalazł w Upiorze prawdziwą grozę, w wicehrabim Raoulu rycerskość, a w pięknej Christine namiętność, to najpewniej zapatrzył się właśnie na rozświetlony żyrandol. Co charakterystyczne dla filmów Schumachera, "Upiór w operze” stracił niestety wszelką fabularną wiarygodność, zyskując przy tym imponujący ekranowy rozmach.

Jeśli jednak ktoś kocha epickie historie, romantyczne musicale i muzykę Andrew Lloyda – Webbera, to nie ma się nad czym zastanawiać – "Upiór w operze” jest propozycją dla niego. Moimi zgryźliwymi uwagami nie warto się w tym wypadku w ogóle przejmować. Ot, taki niepotrzebny recenzencki bełkot...


7\10

 

UPIÓR W OPERZE
("THE PHANTOM OF THE OPERA")
USA, 2004

OBSADA
Gerard Butler (jako Upiór)
Emmy Rossum (jako Christine Daae)
Patrick Wilson (jako Raoul de Chagny)
Miranda Richardson (jako Madame Giry)
Minnie Driver (jako La Carlotta)

REALIZATORZY
Joel Schumacher
- reżyseria
Andrew Lloyd Webber / Joel Schumacher
- scenariusz
John Mathieson
- zdjęcia
Alexandra Byrne
- kostiumy
Andrew Lloyd Webber
- muzyka
Anthony Pratt
- scenografia

C
ZAS TRWANIA: 143 minuty
PREMIERA W POLSCE: 14.02.05
DYSTRYBUTOR: Monolith

e-mail
 Autor recenzji: Jacek Kozłowski - SENK


Klub Miłośników Filmu | 10.1.2005