Wysypiskowy Automat Likwidująco Lewarujący. E-klasa, w skrócie WALL-E, pracowicie spędza dni. Od 700 lat kompresuje śmieci na opuszczonej przez ludzi Ziemi. Po szychcie wraca do swojego garażu pełnego gadżetów i ogląda z VHS-a musical "Hello Dolly", marząc o końcu samotności. Pewnej nocy przez chwilę widzi zza gęstych chmur rozgwieżdżone niebo, którego obecności do tej pory nie był świadomy. Nastepnego dnia przylatuje stamtąd ogromny statek kosmiczny. Wysiada z niego prawdziwe opływowe cudo, robot patrolowy EVE. Zakochany WALL-E nie odstępuje przybyszki na krok. Po znalezieniu na ruinach cywilizacji małej roślinki, EVE wraca na statek, a WALL-E jako pasażer na gapę dociera z nią do kosmicznej arki Axiom. Tam od 700 lat żyją kolejne pokolenia Ziemian, czekających na powrót na zdewastowaną przez ich przodków planetę. Roślina zamknięta w korpusie EVE ma być znakiem do powrotu. Nie podoba się to sztucznej inteligencji Axiomu, pod której rządami resztki ludzkości gnuśnieją pośród technologicznego raju. WALL-E ląduje w samym środku zamieszania...
Poprzednie "pixary" zachwycały. "WALL-E" też zachwyca, ale przede wszystkim oszałamia. Czarodzieje z Emeryville po raz pierwszy w pełnym metrażu skorzystali z SF. I daj Boże więcej takiej gatunkowej eksploatacji. Nie chodzi wcale o zakochanego robota. To już było. Chodzi o mnogość podejmowanych bądź zasygnalizowanych żelaznych tematów science fiction, upakowanych w 90-minutowym filmie. Mamy tu po kolei zdewastowanie Ziemi i pozostawienie jej automatom, ewolucję maszyn do etapu sztucznej inteligencji, kosmiczną wyprawę ratunkową zakończoną lotem wielopokoleniowym, bunt robotów, bunt superkomputera, supermiasto, utopię i stechnicyzowany raj. Problemów i potencjalnych fabuł wystarczyło by na kilka porządnych dzieł. A to wszystko zatopione jest w cudnych kadrach i prawdziwie magicznych scenkach, jak wówczas, kiedy uczepiony kadłuba statku WALL-E dotyka łapą pierścieni Saturna. Bajka w kostiumie hard SF pozwoliła na takie fantazyjne epizody, a twórcy korzystali z każdej chwili, by skutecznie zamurować widza monumentalnymi widokami pogrążonych w upadku ruin, przestrzeni kosmicznej czy kolorowego miasta przyszłości na pokładzie statku.
Po dwóch filmach Brada Birda, preferującego raczej ludzkich bohaterów, "WALL-E" powrócił ze starą ekipą pod wodzą Andrew Stantona, Pete'a Doctera i Ralpha Egglestona, zakochanych w pozaludzkich wytworach własnej wyobraźni. Choć gatunek inny, wyraźnie czuć tu pozytywnego ducha "Gdzie jest Nemo" tychże twórców, nie tylko z powodu partytury Thomasa Newmana. Mniejsza o podobieństwa fabularne, w końcu w każdym filmie Pixara bohater wyrusza w długą i niebezpieczną podróż. Zadziwia za to odmienność narracyjna. Zamiast góry błyskotliwych dialogów i grania pod dziecięcą publikę, mamy tu werbalną powściągliwość godną "2001: Odysei Kosmicznej" (cytowanej zresztą kilkukrotnie). Przez pierwsze pół godziny z ekranu nie pada ani jeden dialog. Słychać tylko głosy z holograficznych banerów reklamowych i dźwięki z "Hello Dolly". Zabawne i rozczulające epizody z monotonnego życia robota to czyste kino, bez żadnego narratora rodem z "Amelii". Kiedy przylatuje EVE, dialogi ewoluują do postaci syntetyzowanej wymowy imion bohaterów. I tak aż do przeniesienia akcji na kosmiczną arkę, której otłuszczeni Ziemianie nie widzą zza swych komputerowych ekranów. Co się tyczy postaci ludzkich - Andrew Stanton po raz pierwszy w historii pełnometrażowych filmów Pixara dokonał precedensu, w kilku scenach pokazując ludzi jako... ludzi, a nie ich renderowane odpowiedniki.

Ten manewr aż prosi się o interpretacyjne rozwinięcie. Świat w "Autach" wyglądał jakby ludzie nagle zniknęli czy wyginęli, a samochody rozpleniły się w amerykańskiej rzeczywistości, przejmując na swe resory każdy aspekt funkcjonowania świata. Podkreśliła to fotorealistyczna kreacja obrazu, który, gdyby z niego usunąć mówiące auta, wyglądałby jak w pełni konwencjonalny zapis kamerowy. A WALL-E funkcjonuje w świecie, w którym to wygubienie ludzkości już się dokonało. Robot układa swoje sześciany ze śmieci wśród niezwykle realistycznie wykreowanego miasta, w którym po 700 latach nadal działają ekrany holograficzne, z których patrzą na niego... właśnie ludzie, prawdziwi, nie cyfrowi. Na pokładzie Axiomu mamy już co prawda groteskowych, napęczniałych grubasów zrobionych w 3D, ale nawet tam sa dwie sceny, w których kapitan statku ogląda zapis video sprzed stuleci, zagrany z aktorem z krwi i kości. Intertekstualna łamigłówka włożona w bajkę dla dzieci? Czemu nie, w końcu za to też kochamy Pixara.
Sam WALL-E to kolejna postać, która ma zagwarantowane miejsce w historii kina, choć robotów ci u nas dostatek. WALL-E wygląda i zachowuje się jak połączenie E.T. z Johnnym 5 z "Krótkiego spięcia" i jego sequela. Podobny kształt sylwetki jak u E.T. (płaska głowa na długiej szyi, pękaty tułów), gąsienice i oczy-kamery jak u Johnny'ego. Do tego zachowania ściągnięte z Luxo Jr, słynnej skaczącej lampy z czołówki Pixara, plus zestaw dźwięków jak u R2-D2, co nie dziwi, wszak kreacją niezwykłych robocich dźwięków zajał się mistrz Ben Burtt, nadworny autor efektów dźwiękowych u Lucasa i Spielberga, także montażysta obrazu nowych części Gwiezdnej Sagi. Przy "WALL-E" Burtt zadebiutował jako członek obsady, wszak wszelkie odgłosy robota śmieciowego to jego zasługa. Z kolei EVE wygląda jak R2-D2 kilka generacji dalej. I raczej trudno posądzać twórców o przypadkowe podobieństwa. "WALL-E" z powodzeniem posiłkuje się cytatami z kina SF oraz historii rozwoju technologii i gadżeciarstwa (stare dźwięki z Maca, użycie iPoda, technika VHS, kostka Rubika, gra Pong). Zresztą sam Stanton żartował, że zrobił "R2-D2: The Movie".

Tradycyjnie garść ciekawostek. Podobno Andrew Stanton wpadł na pomysł "WALL-E" jeszcze w pierwszej połowie lat 90. Idea była prosta - "co by było gdyby ludzkość wyniosła się z Ziemi i zapomniała wyłączyć jednego robota?". Oryginalne rozwinięcie skrótu WALL-E to "Waste Allocation Load Lifter-Earth-class" Dla EVE - "Extraterrestial Vegetation Evaluator". Kiedy WALL-E opuszcza atmosferę ziemską, do głowy przyczepia mu się Sputnik 1, pierwszy sztuczny satelita. Fotorealizm był oczkiem w głowie Andrew Stantona, który zatrudnił wybitnych konsultantów. Jednym z nich był Roger Deakins, nadworny operator braci Coen, który służył światłą radą w kwestii jak najdalej posuniętego realizmu podczas oświetlenia wirtualnego planu. Z kolei legenda efektów Dennis Muren na miniaturach doradzał jak najnaturalniej prowadzić wirtualną kamerę i jak cyfrowo odtworzyć wszelkie optyczne niuanse obiektywów anamorficznych. "WALL-E" to najdroższa produkcja studia, film kosztował 180 mln dolarów. W oryginalnej wersji dialogowej głos komputera pokładowego należał do Sigourney Weaver. John Ratzenberger, jak zwykle u Pixara, podłożył głos jednej z postaci ludzkich (co było już autoironicznie wytknięte w napisach końcowych "Aut" w scenie oglądania samochodowych wersji wszystkich poprzednich filmów Pixara). "WALL-E" to pierwszy film tandemu Disney/Pixar, rozpoczynający sie bez czołówki Disneya. Film jest dedykowany animatorowi "Ratatuj" Justinowi Wrightowi, który zmarł na atak serca w wieku zaledwie 27 lat.
"WALL-E" to dzieło wyjątkowe, zarówno dla Pixara, jak i gatunku SF. Mając do dyspozycji tytułowego bohatera, który z twarzy ma tylko oczy, a porozumiewa się komputerowymi dźwiękami i za jego pomocą opowiedzieć pasjonującą, zabawną i wzruszającą kosmiczną love story, wygłosić bez słów pochwałę uczuć, błyskotliwie i nienachalnie zagrać na filmowych cytatach, zawierzyć narracyjnie obrazowi, przy okazji przestrzegając przed cywilizacyjną, konsumpcyjną, ekologiczną i żywieniową zapaścią - to zadanie właściwie niewykonalne. Ale nie dla Pixara. Prawodawcy cyfrowej animacji znów potwierdzili, kto jest najlepszy w te klocki.


wytwórnia - Disney/Pixar, 2008
reżyseria - Andrew Stanton
produkcja - Jim Morris, John Lasseter
scenariusz - Andrew Stanton, Jim Reardon
zdjęcia - Jeremy Lasky, Danielle Feinberg
muzyka - Thomas Newman
montaż - Stephen Schaffer
scenografia - Ralph Eggleston
dźwięk - Ben Burtt
czas projekcji - 98 minut


wersja oryginalna

Ben Burtt
Elissa Knight
Jeff Garlin
Sigourney Weaver
Kathy Najimy
John Ratzenberger
Fred Willard

wystąpili


Wall-E
Eve
Kapitan
Komputer
Marysia
Janusz
Shelby Forthright


wersja polska

Waldemar Barwiński
Agnieszka Judycka
Cezary Żak
Danuta Stenka
Anna Dymna
Andrzej Blumenfeld
Miłogost Reczek

opracowanie wersji polskiej

reżyseria - Waldemar Modestowicz
dialogi - Jan Wecsile


Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 22 lipca 2008

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF