Strona główna KMF

   Na początku był "Napad na ekspress". Później pojawił się "Dyliżans" zmierzający wraz z nurtem "Rzeki Czerwonej" do "Rio Bravo", w którym to "Siedmiu Wspaniałych" dokładnie "W samo południe" zmierzyło się z "Niesamowitym Jeźdźcem". W Europie natomiast jugosłowiańsko-niemiecki "Winnetou" wraz ze swym Białym Bratem Old Shatterhandem przemierzali prerię, a Clint Eastwood galopował w spaghetti-westernach Sergia Leone w rytm muzyki Ennio Morricone.

   Tak oto wygląda krótka acz treściwa historia westernu do początku lat osiemdziesiątych. Potem nastąpił kres i koniec tego jakże amerykańskiego gatunku filmowego. Wydawało się wtedy, że powiedziano już wszystko na temat Dzikiego Zachodu, co można było powiedzieć. Brak nowych pomysłów, "zmęczenie materiału" i małe zainteresowanie widowni spowodowało, że zapomniano o "kowbojach i Indianach". Do czasu...
    ... do czasu aż pojawił się "Tańczący Z Wilkami" (Dances With Wolves). Wielki artystyczny i komercyjny sukces Kevina Costnera w roli podwójnej, reżysera i aktora, z 1990 roku, obsypany deszczem Oscarów. Niesamowita, nietypowa, trzygodzinna historia Johna Dunbara, który poznaje zwyczaje i życie Indian spowodowała w kinie renesans westernu. Westernu, który wraz z duchem czasu troszkę się zmienił.

     

   I tak wkrótce na ekranach zaczęły pojawiać się niezwykłe historie o bohaterach i legendach Dzikiego Zachodu. Emilio Estevez, Kiefer Sutherland i Lou Diamond Philips ponownie spotkali się w filmie "Młode Strzelby II" (Young Guns II). Był to oczywiście sequel świetnego, i zapowiadającego "nadejście lepszego", filmu z 1988 roku "Młode Strzelby" (Young Guns) - dynamicznego, świeżego i ekspresyjnego kina. Losy Billy The Kida i jego szalonej bandy tak przypadły do gustu, szczególnie młodszej części widowni, że producenci nie czekając zbyt długo nakręcili część drugą, równie udaną.
Choć "Młode Strzelby" i "Tańczący z Wilkami" różnią się zdecydowanie, to inspirowały twórców westernów
w latach 90-tych w równym stopniu.

   

   Kolejnym ważnym (moim zdaniem najważniejszym i najpełniejszym) obrazem, jest dzieło ostatniego wielkiego bohatera Dzikiego Zachodu Clinta Eastwooda pt. "Bez Przebaczenia" (Unforgiven). I podobnie jak w przypadku "Tańczącego Z Wilkami" metoda "2 w 1" nie zawiodła (reżyseria i główna rola). Przejmująca historia starzejącego się, byłego rewolwerowca Williama Munny, który powraca wykonać ostatnie zlecenie, opowiedziana w sposób niezwykle sugestywny, mroczny, zimny i ponury, była pożegnaniem Eastwooda z westernem. Dodam, że uhonorowanym 4 Oscarami. Wielu skłaniało się do tezy, że film ten to antywestern. Jak zwał, tak zwał, ale jest to kawał dobrego kina.








   Rok 1993 to przede wszystkim "Tombstone". Mocne, bezkompromisowe kino, czujące ducha lat 90-tych. Twardzi faceci przeciw bandzie wstrętnych oprychów. Kino akcji w plenerach prerii, miasteczka, saloonu; czyli wszystkiego z czym identyfikuje się western. Jest tu wyraźny podział na dobrych i złych - tak jak w klasycznych westernach, bądź co bądź to film o Wyat'cie Earpie.

     

   A skoro mowa o tej legendzie, to niewypada nie wspomnieć o obrazie "Wyatt Earp", gdzie tytułową rolę zagrał... Kevin Costner. Jednak powrót do czasów końca XIX wieku tym razem nie wyszedł Costnerowi na dobre. Film nie zyskał uznania, był zbyt długi, nużący i mało ciekawy.

   

   Roli bohaterskiego rewolwerowca nie odmówił Jeff Bridges wcielając się w postać Williama Hickocka w obrazie Waltera Hilla z 1995 roku "Dziki Bill" (Wild Bill). Film stał na równym, dobrym poziomie, choć nie grzeszył oryginalnością. To rzetelnie opowiedziana historia bez zbytnich "fajerwerków", ze zbyt dużą ilością retrospekcji.
Z kronikarskiego obowiązku wspomnę też o obrazie "Posse-Opowieść O Jessie Lee" (Posse). To typowa historia z Dzikiego Zachodu, tyle że w rolach głównych obsadzono czarnoskórych aktorów (Mario Van Peebles). Świetny przykład typowej "średniawki".
Dużo lepiej zaprezentowały się (uwaga!) panie. "Wystrzałowe Dziewczyny" (Bad Girls) gdzie możemy podziwiać urocze Andie MacDowell, Drew Barrymore czy Madeleine Stowe w rolach prawdziwych "twardzielek", to świetna rozrywka, zabawa z odrobiną lekkostrawnego humoru. Historia opowiedziana z werwą do której można czasem powrócić (byle nie na Polsacie:)). Aż miło czasem popatrzeć jak kobietki biorą sprawy w swoje ręce (a dokładniej colty) i robią małą demolkę na ekranie. Bardziej serio do tematu podeszła Sharon Stone w niezłym westernie "Szybcy i Martwi" (The Quick And The Dead). Film się udał, choć nie sądzę aby wszedł do historii jako dzieło w tym gatunku. Ciekawe zdjęcia, dobra gra aktorska no i sama Sharon Stone, to główne atuty tego filmu.

 
 
 

   Tak się składa, że na tym renesans westernu się skończył. Trwał krótko bo około 5-6 lat i w drugiej połowie lat 90-tych nie uraczono nas żadną ciekawą "strzelaniną". A szkoda, bo sądzę, że jest jeszcze wiele do powiedzenia - choćby w kwestii Indian, bo nimi (pomijając "Tańczącego Z Wilkami") nie zajęto się wcale.
Suma sumarum, western w latach 90-tych to po trosze kino rozrachunkowe, po trosze klasyczne kino akcji w scenerii Dzikiego Zachodu, a po trosze świetna rozrywka. Dlaczego nie przetrwał dłużej? Być może nie było kogoś, kogo można byłoby identyfikować z bohaterskim kowbojem. Takim kimś był niezapomniany John Wayne, a ostatni z wielkich, czyli Clint Eastwood ostatnie słowo już powiedział. Być może była to zwykła moda, która tak szybko przemija jak się pojawia. Być może...

Smuci fakt, że był to krótkotrwały "boom", ale cały czas mam nadzieję, że prawdziwi kowboje nie zginęli i pokażą jeszcze co potrafią.

PS. U progu XXI wieku nakręcono jeszcze serial telewizyjny "Siedmiu Wspaniałych" (The Magnificent Seven), i filmy kinowe-komedie: "Bardzo Dziki Zachód" (Wild Wild West)...

   

...i "Kowboja z Szanghaju (Shanghai Noon).


AUTOR RECENZJI:
Tomasz Urbański - TOMASHEC
      tomashec@poczta.wp.pl