Strona główna KMF
      




John Ronald Reuel Tolkien należy do grupy nielicznych pisarzy, którym udało się stworzyć nowy, oryginalny i równocześnie niezwykle interesujący gatunek literacki. Swą ogromną popularność zyskał w roku 1954, w którym to niespodziewająca się większych zysków firma "Allen & Unwin" wydała dwa pierwsze tomy trylogii zatytułowanej "Władca Pierścieni". Książki trafiły w swój czas. Na świecie (szczególnie w kręgach młodych czytelników) rozgorzało istne tolkienowskie szaleństwo, pojawiały się rzesze fanów kreatora misternego Śródziemia. Rozpoczęła się wielka moda na literaturę fantasy.


  


Oczywistym stał się fakt, iż prędzej czy później zajdzie potrzeba zekranizowania tego nietuzinkowego dzieła. Cztery lata po śmierci inicjatora baśniowego świata, w 1977 roku wytwórnia Warner Bros wyprodukowała animowaną adaptację trylogii. Projekt poniósł jednakże fiasko, a swym mizernym wykonaniem zdenerwował tylko miłośników Tolkiena. Syn mistrza fantasy - Christopher, któremu przysługiwały prawa autorskie powieści powiedział, że możność ekranizacji ojcowskiego dzieła uzyskana zostanie dopiero wówczas, gdy technika filmowa dorośnie do fantastycznych wizji, jakie wyobraził sobie jego utalentowany rodzic. Długo wyczekiwany moment wreszcie nadszedł. W październiku 1999 roku padł pierwszy klaps...




Początkowo realizatorzy zamierzali nakręcić dwa, nieco dłuższe filmy, które ogarnęłyby całą fabułę "Władcy Pierścieni". Porozumienie z wielką firmą New Line Cinema zaowocowało nowymi pomysłami. Postanowiono nakręcić trzy ekranizacje, jako iż są trzy części książki, a na sfinansowanie nowego projektu przeznaczono niewyobrażalną nawet dziś sumę 270 milionów dolarów, (czyli około 90 milionów na adaptację jednego tomu). O wielkości tego przedsięwzięcia dowodzi następujące zestawienie liczb. Realizacja trwała aż piętnaście miesięcy, zdjęcia zajęły dwieście siedemdziesiąt cztery dni. Grupa filmowców pracowała przez sześć dni w tygodniu po mniej więcej piętnaście godzin. Zdecydowano, że każda z części trafi do kin w odstępie jednego roku, dokładniej w okolicach Bożego Narodzenia, mimo to podstawowe komponowanie całego projektu zostało zakończone już wcześniej, trylogię opracowano za jednym zamachem. Na planie filmowym korzystano z dwudziestu jeden kamer i zużyto półtora miliona metrów odpowiedniej taśmy. Profesjonalni scenografowie wybudowali trzysta pięćdziesiąt dekoracji, przygotowali czterdzieści osiem tysięcy rekwizytów (warto dodać, że na potrzeby filmu wykonano tysiąc sześćset par sztucznych stóp i uszu). W sumie ekipa realizatorska liczyła ponad dwa tysiące osób.


  


Ogromne, zdawałoby się cyfry, jakimi chwalą się polscy twórcy filmowi przenoszący na wielki ekran głównie szkolne lektury, bledną w zestawieniu z liczbowym oceanem osiągnięć kreatorów "Władcy Pierścieni". Nie chodzi mi jednak o odsłonięcie kurtyny, za jaką jawi się biedny i marny światek naszej kinematografii. W porównaniu ze składowymi, które połączone dały obraz tolkienowskiej adaptacji, każdy inny film wygląda, delikatnie pisząc, mizerniutko.




Każda powieść fantastyczna ma zazwyczaj swojego bohatera. Pod tym względem, (lecz nie tylko tym) "Władca Pierścieni - Drużyna Pierścienia" różni się od innych tego typu książek. Często spotykamy się z wizją pisarza, urealniającą pewnego herosa, która określona jest następującą sylwetką: wysoki, krzepki, barczysty mężczyzna o żywiołowym i nieokiełzanym charakterze, dostojnej, rycerskiej postawie, posiadający regularny i niezwykle uroczy kształt twarzy, prowadzący bardzo intensywne, pełne przygód życie. Rzeklibyśmy - bohater idealny. Główną postacią opisywanego filmu jest Frodo Baggins z krainy Shire. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że Frodo jest hobbitem. Hobbici, zwani także niziołkami, to jedna z licznych ras, które wymyślił Tolkien. Są to stworzenia o okrągłej budowie ciała i niewielkim wzroście: "mniejsi niż krasnoludy, więksi od liliputów". Zaopatrzone są w bujne i kędzierzawe włosy zarówno na głowie jak i na stopach. Uwielbiają zjeść, wypić, dobrze się bawić i ćmić całymi dniami swe fajkowe ziele. Wartą uwagi cechą niziołków jest absolutna niechęć do jakichkolwiek podróży. W hobbitach nie drzemie choćby najcieńsza żyłka awanturnika. Zresztą, po co się gdziekolwiek wybierać, kiedy spokojne życie wśród łąk i lasów jest wymarzoną idyllą? Pan Baggins kocha swą ojczystą ziemię, jego umysł nie jest zaprzątnięty snuciem planów na przyszłość, a już na pewno nie obchodzą go żadne wyprawy. Złośliwy los wskazał niestety na niego palcem. W małe ręce hobbita dostaje się magiczny i tajemniczy przedmiot, który kategorycznie zmieni dotychczasowe, sielankowe życie Froda. Ową enigmatyczną zdobyczą jest tytułowy pierścień, z którym wiąże się mroczna, lecz niezwykle ważna historia.


  


Otóż dawno temu wykuto dziewiętnaście pierścieni, w których ukryta była władza, wola oraz pewne cudowne właściwości i podarowano je różnym rasom:


"Trzy pierścienie dla królów elfickich pod niebem jasnym,
 Siedem dla krasnoludzkich władców we dworach kamiennych,
 Dziewięć dla ludzi, którym śmierć jest sądzona"


Podstępny Sauron - Lord Ciemności, Pan Mordoru, ucieleśnienie wszelkiego zła, czy jakimkolwiek innym piekielnym przymiotem by go nie określić, stworzył w sekrecie jedyny pierścień, który mógł kontrolować moc poprzednich dziewiętnastu. Dzięki niemu chciał opanować cały świat:


"Jeden, by nimi władać, Jeden, by je znaleźć,
 Jeden, by je zgromadzić i wszystkie skrępować"


W wyniku licznych zbiegów okoliczności ten przedmiot zagłady trafia właśnie na tereny pięknej krainy Shire, do ojczyzny niziołków. Frodo Baggins dowiaduje się o przebiegu całego wydarzenia z ust mądrego czarodzieja Gandalfa i za jego radą podejmuję niezwykle ryzykowną decyzję. Wraz z grupką przyjaciół i napotkanymi w czasie wędrówki mężnymi śmiałkami wyrusza do królestwa Saurona, by zniszczyć pierścień w Czeluściach Zagłady. Jeśli poniesie klęskę, cienie zalegną nad Śródziemiem...


  


- To taka żałośnie mała grupka, która wyrusza by stawić czoła złu, ono zaś niemal natychmiast niszczy je od środka - wyznał kiedyś odtwórca roli Gandalfa, Ian McKellen. Może i cała historia brzmi nieco banalnie i czuć od niej delikatny zapach mocno utartej ścieżki. Jest to jednak naprawdę wspaniała opowieść o odwiecznej walce, jakie miedzy sobą toczą dobro i zło. Pod barwną fasadą świata stworzonego przez Tolkiena nietrudno odnaleźć mnóstwa wybitnych ideologii takich jak afirmacja przyjaźni i odwagi, wiara w potęgę miłości i lojalności czy też w moc nieutraconej nadziei, ponieważ zawsze można pokonać siły ciemności. -To nie jest bezmyślna rozrywka oparta na scenach walki niczym w grze komputerowej. Tu liczy się co innego. W historii opowiedzianej przez Tolkiena naprawdę ogromne znaczenie ma kwestia, kto zwycięży. Przynajmniej dla czytelników powinna mieć. - dodaje aktor. Fenomen powieści Tolkiena polega także na tym, że w mistrzowski sposób zostaje ukazana dynamiczna przemiana wewnętrzna, jakiej ulega Frodo. Początkowo bezbronny, cieszący się spokojem własnego życia hobbit wyrasta na mężnego, rozsądnego bohatera, od którego zależeć będą losy świata.




W jej skład wchodzi dziewięciu powierników zagadkowego pierścienia. W drogę ku krainie Mordor wyruszyli, wspomniani już przeze mnie wcześniej Frodo oraz Gandalf Szary, a towarzyszą im trzej hobbici: Sam, Merry i Pippin, a także elf Legolas, krasnolud Gimli wraz z dwójką ludzi: Aragornem i Boromirem. Tak, tak, rasa homo-sapiens także występuję w tym filmie. Tolkien ukazuje ród ludzki raczej w świetle negatywnym pisząc, iż "są wątli i słabi (...), zależy im tylko na spełnieniu ich śmiesznych zachcianek". Zdarzają się jednak wyjątki, w których "można znaleźć i honor i odwagę", czego dobrym przykładem są ludzie z tytułowej drużyny.


  


Autor "Władcy Pierścieni" zawarł w swym utworze elementy podań fińskich, angielskich, walijskich, islandzkich, germańskich, irlandzkich i wielu innych. Nagromadzenie tych czynników pozwoliło Johnowi Ronaldowi Reulowi stworzyć kolosalny, niekonwencjonalny świat, w którym umieścił co mu się żywnie podobało. Wykreowany przez mistrza fantasy kosmos uświadomił innym pisarzom, że bezproblemowo można projektować nowy model uniwersum i przedstawiać go czytelnikowi. Wybitność tolkienowskiej wyobraźni można udowodnić prezentacją poszczególnych ras, występujących w trylogii. Inicjator Śródziemia różnym społecznościom nadał różne cechy charakteru, które w efekcie stały się znakami rozpoznawczymi określonych istot. Ten bezkresny gąszcz wymyślonych kreatur potrafi wprawić w szczery zachwyt i spowodować, że odbiorca niemal uwierzy w magię ich stwórcy. Hobbitów i Ludzi, rasy, o których można powiedzieć, że odgrywają najważniejszą rolę w całym filmie, już przedstawiłem. Krasnoludy słyną z niezwykłego talentu górniczego. To stworzenia bardzo krzepkie i silne. Są "na ogół zawzięci, skryci, pracowici", ale posiadają także wady, bo jak twierdzi pisarz "kochają kamienie, klejnoty i rzeczy zrobione ręką biegłego rzemieślnika bardziej niż to, co żyje własnym życiem". Elfy z kolei to istoty bardzo piękne i szlachetne. Egzystują na śródziemskim padole od niepamiętnych czasów. Nadzwyczaj tajemnicza rasa: "żyją jednocześnie w obu światach, zarówno w tym widzialnym, jak i niewidzialnym". Czarodzieje z kolei są jedną z najpotężniejszych i najmądrzejszych grup zamieszkujących baśniowy świat Tolkiena. Orły to wielkie i szlachetne stworzenia, które nigdy nie odmawiają pomocy.


  


Wyżej wymienione postacie walczą o pokój i sprawiedliwość, starają się zniszczyć pierścień i odegnać złe cienie. Niestety by istniało dobro, musi istnieć też zło, ono też ma swoich przedstawicieli w trylogii. Niewątpliwie są nimi orkowie, słudzy Saurona, którzy najbardziej dają się we znaki Drużynie Pierścienia podczas jej wędrówki. Nazgule, zwane Czarnymi Jeźdźcami, to bezwzględni mordercy, upiory na koniach żywcem przeniesione z Apokalipsy św. Jana, które "o każdej porze czują węchem krew żywych istot". Pragną złapać Froda i odebrać mu nie swoją własność. Gobliny są stworzeniami "okrutnymi, przewrotnymi i złymi do gruntu", natomiast Trolle to tępe i niezdarne stworzenia, niemające żadnych zahamowań. Trzeba przyznać, że osoby odpowiedzialne za casting wykonały naprawdę kawał porządnej roboty. Filmem "Władcą Pierścieni" interesowałem się na długi czas przed oficjalną premierą. Chwile oczekiwania umilałem sobie oglądając zdjęcia, zwiastuny, czytając prasowe artykuły. Dobrze pamiętam, że gdy pierwszy raz oczom moim ukazywały się sylwetki aktorów po charakteryzacji, nie miałem żadnych problemów z rozpoznaniem, jaką postać z trylogii owy odtwórca będzie prezentował. Przykład ten oczywiście nie ma świadczyć o moim obeznaniu, tylko o tym, że ekipa filmowa potraktowała wyznaczone jej zadania niezwykle poważnie. Peter Jackson, reżyser filmu, otrzymał od producentów absolutnie wolną rękę. Pozwolono mu na dobranie obsady wedle jego upodobań. Jackson zgromadził na planie filmowym międzynarodową plejadę gwiazd, lecz wybierał aktorów w sposób niezwykle rygorystyczny. - Chciałem zademonstrować, jak bardzo mi zależy na zdobyciu roli Froda, z jaką pasją podchodzę do całego projektu. - wspomina Elijah Wood. - Postanowiłem nakręcić na taśmie wideo własne zdjęcia próbne. Poszedłem na kurs językowy, żeby wyrobić angielski akcent, potem z opracowania na temat hobbitów wyciągnąłem wszystkie informacje na temat ich wyglądu. Z wypożyczalni Western Costume w Los Angeles załatwiłem sobie kostium.


  


Poświęcenie, jakiemu oddawali się odtwórcy głównych ról zaowocowało wyśmienitymi kreacjami. Aktorzy wręcz przeistoczyli się w kreowanych przez siebie bohaterów, (chociaż w dopełnieniu tego procesu duży udział mieli charakteryzatorzy). Nikt nie zna lepiej Gandalfa niż Ian McKellen. Nikt nie wie więcej na temat Froda niż Elijah. Czy też Viggo na temat Aragorna - potwierdza Peter Jackson. - Aktor staję się cennym współpracownikiem. Jeżeli nie wiem, jak w danej scenie zachowałby się Aragorn, idę do Vigga i on mi wszystko tłumaczy. To wspaniałe uczucie obserwować, jak coraz więcej osób stara się wnieść coś kreatywnego i dzięki temu film staję się coraz lepszy - kontynuuje reżyser. Gwiazdorzy zagrali rewelacyjnie. Bardzo spodobały mi się kreacje Froda, Sama (Sean Astin) oraz Aragorna (Viggo Mortensen). Na szczególne uznanie zasługuje Ian McKellen, który za swą fenomenalną grę otrzymał wiele nagród i nominacji. Ten aktor po prostu został do roli Gandalfa stworzony. I pomyśleć tylko, że kiedyś siwobrodego czarodzieja miał grać nikt inny jak Sean Connery. Strzał w dziesiątkę panie Jackson.




To ogromny, barwny, zaczarowany świat, który został stworzony na papierze, a jego inicjatorem był oczywiście J.R.R. Tolkien. Składa się z licznych krain, a każda z nich urzeka swym nadnaturalnym pięknem lub przeraża złowieszczym mrokiem. Trzeba przyznać, że trudno jest znaleźć tak misterne miejsca na Kuli Ziemskiej. Ekipie realizatorskiej "Władcy Pierścieni" ta, wydawałoby się trudna sztuka, jednak się udała. Filmowcy zabierają nas na wspaniałe, dziewicze plenery Nowej Zelandii. Ten mały, ale niezwykle kolorowy kraj okazał się kolejnym trafnym wyborem Petera Jacksona. - Nigdy nie wątpiłem, że Nowa Zelandia to idealne miejsce do sfilmowania "Władcy Pierścieni". W końcu to właśnie stamtąd pochodzę, no i szczerze mówiąc, zawsze im bliżej domu jestem, tym lepiej mi się pracuję. Od samego początku było oczywiste, że kręcimy zdjęcia w moim kraju - opowiada reżyser filmu. - Zresztą wszyscy instynktownie czuli, że to idealne miejsce ze względu na różnorodność krajobrazów.


  


Peter Jackson niewątpliwie ma wyjątkowy talent. Zgromadził perfekcyjną obsadę, umieścił ją na idealnym planie filmowym na łonie przyrody, i co najważniejsze - wszystko skomponował w jedną wyśmienitą całość. Na ekranie obserwujemy mnóstwo przecudnych nowozelandzkich przestrzeni. Operatorzy serwują nam niezapomnianą wycieczkę. Zaczniemy wyprawę w krainie hobbitów Shire, mlekiem i miodem płynącej, pełnej zielonych łąk i lasów. Później przeniesiemy się do monumentalnego i starożytnego miasta elfów Rivendeel. Przebrniemy przez białe śniegi, hen wysoko na szczytach Gór Mglistych. Następnie oczy swe skierujemy w stronę nieoświetlonej kopalni Moria, ogromnego, lecz opuszczonego już królestwa krasnoludów. Znajdziemy się pośród złocistych koron sięgających nieba drzew w kraju księżniczki Galadrieli - Lothlorien, by osiąść na zachwycających brzegach rzeki Anduiny. A to dopiero początek. Polecam film "Władca Pierścieni" nie tylko miłośnikom Tolkiena, ale wszystkim kinomaniakom, bądź osobom chcącym przeżyć coś niesamowitego. Takich wspaniałych obrazów nie ujrzycie w najbardziej fantastycznych snach, a być może i w żadnym innym filmie. Warto zobaczyć tą ekranizację, jeśli nie z samego uwielbienia do tego typu projektów, to choćby dla oszałamiająco efektownych plenerów, zmieniających się niczym w magicznym kalejdoskopie.


  


Śródziemie to oczywiście nie sama Nowa Zelandia. To też wielki wysiłek i zaangażowanie czarodziejów z fabryki snów. To właśnie z umiejętnego połączenia wszystkich elementów klasycznego kina powstał ten fenomenalny film. Według mnie na największe uznanie zasługują owoce pracy scenografów. Panowie Dan Hennah wraz z Grantem Majorem stworzyli prawdziwe Śródziemie na Ziemi. "Władca Pierścieni" to mnóstwo nadzwyczajnych, ornamentowanych budowli, to odpowiednio ustrojone i udekorowane miejsca, to przepięknie wykonane i ozdobione fascynującą infrastrukturą krainy. Wielki wkład w sukces projektu mieli, nagrodzeni za trudy Oscarem charakteryzatorzy - Richard Taylor i Peter Owen. To oni dorabiali elfom uszy, czarodziejom brody, a hobbitom stopy. Oni też byli odpowiedzialni za "umieszczenie" Johna Rhysa-Daviesa w ciężkim lateksowym stroju, imitującym krasnoluda. W miejscu gdzie kończą się możliwości ludzkich rąk, trzeba wykorzystać efekty specjalne. Osiągnięcia techniki komputerowej zaszły tak daleko, że widz zaczyna mieć problemy z odróżnieniem fikcji od rzeczywistości. Bezkonkurencyjni podczas oscarowej ceremonii specjaliści od ukazywania snów na jawie w mistrzowskim stylu wykreowali baśniowy świat i jego mieszkańców. - Efekty komputerowe to nie gadżety. One po prostu umożliwiły adaptację "Władcy Pierścieni", co dawniej było nie do pomyślenia - przyznaje Peter Jackson.


  


Baśniowość tolkienowskiego uniwersum potęguje przepiękna patetyczna muzyka skomponowana wraz z stuosobową orkiestrą i tak samo licznym chórem przez Howarda Shore'a (kolejna osoba doceniona podczas gali wręczenia Oscarów). Interesującym akcentem na ścieżce dźwiękowej są utwory piosenkarki Enyi. Całość ujęta została za pomocą wykonującej przepiękne zdjęcia kamery pod dowództwem Andrewa Lesnie, który podczas ceremonii "pokonał" naszego Sławomira Idziaka. Połączenie monumentalnych nakładów pieniężnych z geniuszem filmowych rzemieślników przyczyniło się do uzyskania naprawdę piorunującego widowiska.




Bardzo ważna kwestia dla fanów określonego dzieła literackiego, przeniesionego na kinowy ekran. Problem lojalności piśmiennictwa z X muzą z punktu widzenia filmowca stoi na drugim miejscu, bo potrzebna jest po prostu dobra fabuła, dzięki której będzie można nakręcić jeszcze lepszy film, który spodoba się publiczności. Czytelnicy jednak uporczywie domagają się jak najwierniejszego przedstawienia umiłowanej książki. Zazwyczaj ekranizacja pewnej, kultowej na przykład powieści, która zdobyła odpowiednią popularność, wzbudza wiele kontrowersji.


  


Z trylogią J.R.R. Tolkiena zapoznałem się stosunkowo niedawno. Gdy pierwszy raz obejrzałem "Władcę Pierścieni - Drużyna Pierścienia" adaptacja wywołała we mnie mieszane uczucia, ponieważ "nie było tak samo". Trzeba jednak zrozumieć podstawową, choć nie zawsze akceptowaną zasadę, jaką kierują się ludzie ekranizujący powieści. Książka nie jest scenariuszem. Nie można bez opamiętania, strona po stronie, przetwarzać określonej lektury na film, z nadzieją na aplauzy widowni. Wspaniale byłoby nakręcić maksymalnie wierną adaptację, tylko dla prawdziwych entuzjastów literatury. A co z pozostałymi odbiorcami? Tak wykonana kalka mogłaby okazać się dla nich nudna, długa i niestrawna. Realizatorzy nie powinni jednak zapożyczać jedynie tytułu, tworząc zupełnie niezwiązane z dziełem pisarza wariacje. Najrozsądniejszym wyjściem byłoby odnalezienie "złotego środka" pomiędzy tym, co dana osoba przeczytała, a tym, co chce ujrzeć na wielkim ekranie, choć każdy musi sobie zdać sprawę, że - przypomina to trudną sztukę zachowania równowagi podczas tańca na cienkiej linie - jak twierdzi Peter Jackson. W historii światowej kinematografii rzadko mamy do czynienia z wyjątkowymi ekranizacjami znanych powieści. Jeszcze rzadziej możemy się spotkać z ekranizacją, która przebiła literacki oryginał (tak moim zdaniem było m.in. w przypadku "Forresta Gumpa", nakręconego na podstawie powieści Winstona Grooma). Jak jest w przypadku "Władcy Pierścieni"?


  


Reżyser omawianego projektu miał wyjątkowo twardy orzech do zgryzienia. Adaptacja trzech obfitych tomów to koronkowa robota. W dodatku narracja prowadzona przez Tolkiena, zawierająca liczne retrospekcje, niezmieniona stałaby się dla przeciętnego widza zbyt skomplikowana. Pan Jackson, chcąc w pewien sposób usprawiedliwić się przed fanami Tolkiena mówił - Lektura to doznanie samotne. Każdy ma własną wizję przeczytanej książki. Ja zyskałem szansę przedstawienia mojej własnej wizji, mimo że nie odpowiada ona ściśle wyobrażeniom innych czytelników. Ja, zarówno świeży miłośnik Tolkiena jak i obsesjonista dobrego kina, przyznaję reżyserowi rację i mogę powiedzieć, że jeśli w tym przypadku na medal się nie spisał, to i tak wykonał kawał dobrej roboty i z pewnością broni się od czasem wyjątkowo bezpodstawnych zarzutów dotyczących kontrowersyjnych niekiedy odstępstw od powieści Tolkiena.




Wyobraźcie sobie, że przebywacie w swym przytulnym mieszkanku. Wasze ubrane w ciepłe kapcie stopy spoczywają na wygodnej kanapie. Właśnie kończycie ulubioną herbatę i uruchamiacie telewizor, bo nadszedł czas na przysługującą wam telenowelę. Pewien przypadek, zrządzenie losu, a może nawet ezoteryczne przeznaczenie sprawia, że ktoś lub coś trafia wnet do waszego gniazda, wręcz spada na dach nad waszymi głowami niczym grom z jasnego nieba i ofiaruję szansę. Otrzymujecie niepowtarzalną okazję, dzięki której będziecie mogli zmienić całe wasza życie, a od waszej decyzji zależeć może los czegoś większego. Nie szukaliście przygody, a jednak ona was odnalazła - parafrazując filmowy slogan. Jak zatem postąpicie?


  


J.R.R. Tolkien mówił niegdyś, iż "baśń oferuję fantazję, ucieczkę i pociechę, a więc wszystko to, co bardziej jest potrzebne dorosłym niż dzieciom". Czyż nie jest to prawda? Fantazja naprawdę może się stać przydatna w czasach narastającej ogólnoświatowej przemocy, powiększającego tempo wyścigu szczurów, wciąż niezwykle potężnej międzyludzkiej nienawiści, zakłamania i głupoty. To dzięki niej możemy wydostać się z ciasnych więzów niepokojącej rzeczywistości i oddalić się do zaczarowanych krain, gdzie dobro i sprawiedliwość zawsze zwyciężają. "Władca Pierścieni - Drużyna Pierścienia" może nam taki błogi stan zapewnić. Co więcej, film ów, dzięki niezwykłej symbolice fikcyjnych elementów, potrafi najcelniej wyrazić nieuchwytną prawdę.



WŁADCA PIERŚCIENI:
DRUŻYNA PIERŚCIENIA


Tytuł oryginalny:
"Lord Of The Rings: Fellowship Of The Ring"

Rok produkcji: 2001, Nowa Zelandia / USA
Czas trwania: 178 min.

Reżyseria: Peter Jackson
Scenariusz: F. Walsch, P. Boyens, P. Jackson
Muzyka: Howard Shore
Zdjęcia: Andrew Lesnie
Montaż: John Gilbert

Występują:

Elijah Wood (jako Frodo)
Ian McKellen (jako Gandalf)
Viggo Mortensen (jako Aragorn)
Orlando Bloom (jako Legolas)
Liv Tyler (jako Arwena)
Christopher Lee (jako Saruman)
John Rhys-Davies (jako Gimli)



W pracy wykorzystano cytaty z "Władcy Pierścieni" Tolkiena, fragmenty wywiadów z
twórcami i aktorami oraz pewne informacje z tekstów dotyczących opisywanego filmu.


e-mail
 Autor tekstu/analizy: Michał Jakubowski - JAKUZZI



Przeczytaj także recenzje:

  • Filmu "Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia":
       - Recenzja Alieena
       - Recenzja Desjudi'ego
       - Recenzja Duxa
       - Recenzja Dejny
       - Recenzja Jimi'ego
       - Recenzja Maćka
       - Recenzja Markosa
       - Recenzja Solo

  • Filmu Bakshi'ego - "Władca Pierścieni"
       - Recenzja Desjudi'ego

  • Oraz filmu "Władca Pierścieni: Dwie Wieże"
       - Zbiór recenzji

  • A także recenzje soundtracków:
       - Lord Of The Rings: Fellowship Of The Ring - recenzja Alieena
       - Lord Of The Rings: The Two Towers - recenzja Desjudi'ego