Strona główna KMF
        

Literacka fantastyka naukowa, zapoczątkowana "Frankensteinem" Mary Woolstonecraft Shelley w roku 1818, zyskała w drugiej połowie XIX wieku wsparcie, w postaci Juliusza Verne'a. Jego genialna wyobraźnia rozpalała umysły niespotykanymi wcześniej, śmiałymi i szczegółowo przedstawianymi koncepcjami naukowymi, doskonale wprzęgniętymi w przygodową akcję. Przyspieszający rozwój ówczesnej nauki i techniki, nieskażony jeszcze wojennymi aspektami, otwierał szerokie pole dla literackiej fikcji. Wiara w świetlaną przyszłość, opartą na szkiełku i oku, zdawała się być jedyną akceptowalną wersją rozwoju cywilizacji. Taki stan rzeczy, został w 1895 roku nieoczekiwanie zakwestionowany przez 29-letniego brytyjskiego nauczyciela Herberta George'a Wellsa, wraz z opublikowaniem jego debiutanckiej powieści SF "Wehikuł czasu". Prognozując w daleką przyszłość rozwój ówczesnego społeczeństwa, wysnuł on przerażającą wizję cywilizacyjnego podziału na Elojów i Morloków. Odwrotnie niż u Verne'a, Wells obawiał się jak najbardziej negatywnych aspektów zastosowania "cudownych wynalazków", czemu dał wyraz w swej kolejnej powieści "Niewidzialny człowiek" (1897). Rok później Wells opublikował "Wojnę światów", którą brawurowo wprowadził do światowej literatury zupełne novum: motyw inwazji obcej cywilizacji na Ziemię.

Herbert George Wells
Grafika Rodneya Matthewsa
Orson Welles

Twórcy filmowi bardzo wcześnie zaczęli korzystać z intelektualnego potencjału H.G. Wellsa. Pierwszym był genialny Francuz Georges Melies, adaptując wątki "Pierwszych ludzi na Księżycu" (1901) do swego najsłynniejszego dzieła, pierwszego w pełni fabularnego filmu w historii kina "Podróż na Księżyc" (1902). W 1933 roku powstał "Island of the Lost Souls", bazujący na "Wyspie dr Moreau", oraz słynna ekranizacja "Niewidzialnego człowieka" w reżyserii Jamesa Whale'a. Trzy lata później sam Wells został scenarzystą filmu "Things to come" Williama Camerona Menziesa, opartego na traktacie "Kształt rzeczy, które nadejdą". 30 października 1938 roku, 23-letni Orson Welles, dzięki zrealizowanej w Mercury Theatre i wyemitowanej przez CBS, niezwykle pomysłowej radiowej adaptacji "Wojny światów", doprowadził Amerykę na skraj histerii (audycja była stylizowana na przekaz na żywo, w którego autentyzm uwierzyły miliony). W 1945 roku, jeden z epizodów wspaniałego brytyjskiego horroru "U progu tajemnicy", został oparty na zabawnym pomyśle Wellsa o golfiarzach, rywalizujących ze sobą nawet po śmierci. W 1949 roku powstała pierwsza, telewizyjna adaptacja "Wehikułu czasu". Wcześniej, bo już w 1925 roku, wytwórnia Paramount kupiła prawa do ekranizacji "Wojny światów", dla mistrza wielkich widowisk Cecila B. DeMille'a. W latach 30-tych powstało kilka wersji scenariusza, który chciał wyreżyserować mało wówczas znany Brytyjczyk Alfred Hitchcock. Wreszcie w 1951 roku, rewitalizujący po II wojnie światowej gatunek SF, węgierski producent George Pal, szukając materiału na kolejny (po "Kierunek Księżyc" i "Kiedy zderzają się światy") film SF, natknął się na "Wojnę światów". Wraz ze scenarzystą Barré Lyndonem i reżyserem Byronem Haskinem, postanowił zmierzyć się z powieścią, która w bezprecedensowy sposób kwestionowała nasze ziemskie bezpieczeństwo. "Wojna światów" weszła na ekrany w 1953 roku.

Katastrofalne oziębienie klimatu marsjańskiego, zmusiło ich mieszkańców do poszukania sobie nowego domu. Jedyną alternatywą w Układzie Słonecznym jest Ziemia. Pierwszy marsjański statek, pośród huku, dymu i ognia, ląduje w pobliżu kalifornijskiego miasteczka. Odkopany spod zwałów ziemi obiekt, nie wykazuje żadnej aktywności. Zrazu podekscytowana społeczność lokalna, wraca bawić się do miasteczka, pozostawiając przy pozaziemskim obiekcie trzech ludzi. W środku nocy, wartownicy spostrzegają odkręcający się właz, z którego wnętrza wychodzi mackowate ramię, nagle porażające ludzi śmiertelnym promieniem. Z nieba spada coraz więcej płonących bolidów. Rozpoczyna się marsjańska inwazja na Ziemię. Obcym statkom, chronionym przez pola siłowe, niestraszne są ziemskie armie, nawet te, uzbrojone w bomby atomowe. Największe miasta obracają się w perzynę. Tymczasem dr Clayton Forrester zdobywa część marsjańskiego urządzenia obserwacyjnego, a także rani jednego z Marsjan. Analiza tkaniny, na której pozostał ślad krwi Marsjanina, prowadzi do zaskakującego wniosku - ich technologia znacznie przewyższa ziemską, ale budowa ciała demaskuje ich fizyczną kruchość...

Twórcy filmu z oczywistych względów przenieśli akcję z późnowiktoriańskiej Wielkiej Brytanii do Kalifornii lat 50-tych. Uniwersalne zagrożenie ludzkości, zostało w wersji filmowej sprowadzone do czytelnej i aktualnej w czasie zimnej wojny aluzji do barbarzyńców ze Związku Radzieckiego, do czego nieświadomie przyczyniło się, wywiedzione z astronomii nazwanie Marsa Czerwoną Planetą. Film Haskina był więc idealnym nośnikiem zimnowojennej paranoi z kilku powojennych dekad, traktującej o realnym z amerykańskiego punktu widzenia zagrożeniu ze strony ZSRR. Było to także odbicie świeżej fascynacji zjawiskiem UFO, rozpętanej w roku 1947, kiedy to wojskowy pilot Kenneth Arnold zobaczył ze swego kokpitu eskadrę latających spodków. Fantastyka naukowa doznała jedynego w swoim rodzaju sprzężenia problemowego z traktowaną najzupełniej poważnie, ufologiczną mitologią swoich czasów, spotęgowaną napiętą sytuacją polityczną. Niezależnie od traktowania latających spodków, jako wysłanników obcej cywilizacji, automatycznie zaczęto w UFO dostrzegać desant komunistycznych siepaczy, co wyjątkowo gładko przechwyciło ówczesne kino SF.

Wells, a za nim Haskin, zakwestionowali rolę religii chrześcijańskiej w porozumieniu między światami. Filmowy pastor Matthew wychodzi z założenia, że skoro Marsjanie stoją w rozwoju wyżej od ludzi, automatycznie należy ich traktować jako istoty bliższe doskonałości Boskiego stworzenia. Recytując Pismo, pastor podchodzi do statków obcych, gdzie we własnej sutannie dostępuje wyższości marsjańskiej technologii, bezpardonowo palącej go na popiół. Później jednak film uderza w tony religijne, sugerując boską interwencję w postaci "najmniejszych stworzeń, które Bóg w swej doskonałości stworzył", a które ostatecznie Marsjan pokonały. Będąca w centrum wydarzeń grupka ludzi, ratunek znajduje w kościele. Słyszymy także aluzję do sześciu dni stworzenia świata z Księgi Rodzaju, jako odpowiedź na prognozę, pozostawiającą bezbronnej ludzkości zaledwie sześć dni do ugięcia się pod jarzmem najeźdźców. Te, wątpliwej jakości próby doczepienia drugiego, religijnego dna, były już autorstwa twórców filmu i nijak miały się do chłodnego racjonalizmu Wellsa. Spadkobiercy pisarza, dzierżący prawa do ekranizacji jego twórczości, byli jednak do takiego stopnia zachwyceni "Wojną światów", że pozwolili George'owi Palowi dokonać swobodnego wyboru kolejnej książki Wellsa do ekranizacji. Pal wybrał "Wehikuł czasu", który samodzielnie wyreżyserował siedem lat później.

Tak jak powieść wyznaczyła nowe szlaki dla wyobraźni, także film Byrona Haskina na długo pozostał największym widowiskiem, jakie batalistyczna odmiana SF mogła przetransponować na ekran. Choć dzisiaj jak na dłoni widać linki, na których zawieszone były modele marsjańskich statków, a także niedoskonałe użycie zdjęć z miniaturami, produkcja George'a Pala jest pozycją klasyczną w leksykonie filmowej SF, ze względu na śmiałość i rozmach realizacji. Znakomite efekty specjalne Gordona Jennigsa, pochłonęły 1,4 mln dolarów (z budżetu, zamykającego się kwotą 2 mln $). Dla widzów, szukających niepodrabialnego klimatu starego kina SF, "Wojna światów" oferuje doskonałą przejażdżkę w tamte lata. Dla nieświadomego ewolucji gatunku widza, wychowanego na "X-Men", film Byrona Haskina będzie cokolwiek nudny i trącący myszką, ale jego wpływu na gatunek SF przecenić nie sposób.

Powieść Wellsa i film Haskina, wykazały się o wiele większą żywotnością. "Dzień Niepodległości", doskonałe, choć naiwne intelektualnie widowisko SF Rolanda Emmericha z 1996 roku, pomimo braku oficjalnych konotacji, był oczywistą adaptacją "Wojny światów". Scenarzyści Dean Devlin i Roland Emmerich, zerżnęli z Wellsa praktycznie całą fabularną oś, z najważniejszymi zwrotami akcji włącznie. "ID4" powiela schemat Wellsa i Haskina, od początkowej wiary w pokojowe zamiary obcych, poprzez wielkomiejską panikę i niszczenie największych skupisk cywilizacji, aż do pomysłu na wirus skończywszy. W obu filmach ma miejsce identyczny motyw nieudanego ataku nuklearnego. Religijne akcenty zastąpił niezwyciężony amerykański duch. Także wyśmiewający "Dzień Niepodległości" film Tima Burtona "Marsjanie atakują!", pożywił się klasyczną produkcją Pala. W jednej ze scen widać uciekający przed marsjańską zagładą tabun koni. To ujęcie z całą pewnością zostało zapamiętane przez Burtona, który stadem uciekających i płonących krów, rozpoczął swą bezlitosną satyrę na fantastykę inwazyjną. Także efekt wyparowywania ludzi, rażonych marsjańskimi "promieniami śmierci", został przez Burtona zacytowany dosłownie. Z kolei film Byrona Haskina, był z pewnością bardziej wstrzemięźliwy w pokazywaniu Marsjan na ekranie. Zgodnie z ówczesną stylistyką, przybyszów z kosmosu wyraźnie widać tylko w kilku, wyjątkowo krótkich ujęciach. Wiele miała tu też pewnie do powiedzenia technika efektów animatronicznych, której narażająca na śmieszność niedoskonałość, musiała być tuszowana właśnie takimi zabiegami montażowymi. Spore wrażenie robi za to, pokazana zaskakująco długo, wypełzająca ze statku trójpalczasta łapa Marsjanina w finale filmu.

Klasyczna ekranizacja "Wojny światów" nie broni się już dzisiaj ideologicznie; także groteskowy wygląd Marsjan musi wywołać uśmieszek. Pozostał bardzo nośny pomysł, prowadzący w prostej drodze do zbudowania widowiskowego spektaklu zniszczenia, a w szerszej perspektywie otwierający cały wachlarz spekulacji, odnośnie tak prosto zakwestionowanego, naturalnego wydawałoby się parasola ochronnego, w postaci milionów kilometrów przestrzeni kosmicznej, dzielących Ziemię od najbliższych planet. Motyw inwazji z kosmosu wpisał się na stałe w repertuar filmowej fantastyki naukowej. Znakomicie wykorzystał go Emmerich we wspomnianym "Dniu Niepodległości". Należy także wspomnieć film telewizyjny Josepha Sargenta "The Night that panicked America" (1975), opowiadający o fali histerii, wywołanej radiową adaptacją Orsona Wellesa. Na krajowym podwórku Piotr Szulkin w "Wojnie światów. Następnym stuleciu" (1981), przewrotnie nawiązał do powieści Wellsa i audycji Wellesa, brutalnie i bez ozdobników ukazując wizytę groteskowych Marsjan i przede wszystkim medialną manipulację z tym związaną.

Także mistrz Spielberg zaproponował własną interpretację powieści Wellsa. Ten ostatni przypadek wydaje się być szczególnie interesujący, właśnie ze względu na postać tego wybitnego reżysera. W 1977 roku przełamał on bowiem schematy myślowe, bezkrytycznie dziedziczone po Wellsie, ukazując pokojową wersję kontaktu z kosmitami w "Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia". Tymczasem po latach zdecydował się na film, w którym obcy są bezwzględnymi agresorami, co wygląda dość zaskakująco, chociażby wobec poprawionej wersji "E.T.", gdzie w jednej ze scen komputerowo usunięto giwery z rąk policji. Spielberg otwarcie przyznał się również, że obecnie nie potrafiłby już nakręcić tak bezczelnie jednoznacznego widowiska grozy, jakim były "Szczęki". Z jednej strony mamy zatem postępującą polityczną poprawność, tępiącą ostrze młodzieńczej bezkompromisowości, z drugiej zaś Spielberg zrobił coś, czego spielbergofani, pamiętający "Bliskie spotkania...", nie potrafiliby przewidzieć. Ich idol wykonał odwrotną woltę i zakwestionował swój młodzieńczy idealizm, tłumacząc to niespotykanym nasileniem międzynarodowego terroryzmu. "Wojna światów" Haskina i Pala, wpisała się w ówczesny klimat zimnej wojny, nakazujący myśleć o kosmicznych agresorach w kategoriach zamachu na bronione za wszelką cenę amerykańskie wartości. Deklaracja Spielberga brzmi niemal identycznie. Symboliczny wróg zmienił tylko umundurowanie. Ciekawe, czy Wells zdawał sobie sprawę z nieprzemijającej aktualności własnego eksperymentu myślowego... "Wojna światów" to kolejny dowód na to, że nawet w najbardziej batalistycznej i wypełnionej akcją fantastyce naukowej, chodzi przede wszystkim o refleksję nad stanem ludzkiego ducha. Marsjanie, nieważne czy u Wellsa, Wellesa, Haskina, Szulkina czy Spielberga, to tylko fabularny pretekst.




WOJNA ŚWIATÓW
(The War of the Worlds)

wytwórnia - Paramount, 1953
czas projekcji - 85 minut
reżyseria - Byron Haskin
produkcja - George Pal
scenariusz - Barré Lyndon
wg powieści - Herberta George'a Wellsa
zdjęcia - George Barnes
muzyka - Leith Stevens
scenografia - Albert Nozaki, Hal Pereira
kostiumy - Edith Head
efekty specjalne - Gordon Jennings, Paul K. Lerpae, Farciot Edouart

wystąpili:

Gene Barry
Ann Robinson
Les Tremayne
Robert Cornthwaite
Sandro Giglio
Lewis Martin
Paul Frees
William Phipps
Vernon Rich
Jack Kruschen
Cedric Hardwicke

(dr Clayton Forrester)
(Sylvia Van Buren)
(generał Mann)
(dr Pryor)
(dr Bilderbeck)
(pastor Matthew Collins)
(reporter radiowy)
(Wash Perry)
(płk Ralph Heffner)
(Salvatore)
(narrator)


e-mail
 Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI Klub Miłośników Filmu,   2005. 07. 04